wtorek, 16 sierpnia 2016

Rozdział 9

Leżę na łóżku w pokoju Harry'ego. Spędzam tu całą noc. Prawie w ogóle nie śpię dręczona koszmarem wczorajszego dnia. Nigdy nie zostałam tak oszukana i zraniona. Z przerażeniem stwierdzam, że znów sprawcą mojego bólu jest jedna z najbliższych mi osób. Jak mogłam się tak pomylić co do Louisa?
Wspomnienia same pojawiły się w mojej pamięci. Zupełnie jakby ktoś podsuwał mi je, żebym czuła się jeszcze gorzej. Nic jednak nie mogę na to poradzić. Nie mogę ich powstrzymać.
  
Wbiegłam do salonu z torbą w ręku. Z prędkością światła zaczęłam pakować ołówki, przyborniki, szkicowniki i inne tego typu rzeczy porozrzucane na stoliku. Widziałam jednak, że nie ma tu wszystkiego. Rozgorączkowana zaczęłam rozglądać się po salonie.
- Alex...
- Mamo! - Przerywam jej. Nie mam teraz czasu na głupoty, jestem już i tak spóźniona. - Wiesz może gadzie jest projekt witrażu do kościoła?  
- Ten? 
Zamarłam. To nie był głos mojej mamy. Odwracam się i w progu kuchni widzę naprawdę przystojnego bruneta o szaro-niebieskich oczach. Uśmiechał się do mnie w tak niesamowity sposób, że uginały się pode mną kolana. W ręku trzymał mój szkic. 
- Tak - wydukałam. Nagle zrobiłam się bardzo nieśmiała. 
- Jest... naprawdę niezły - mówi z uznaniem - Masz talent. 
Czuję, że robię się czerwona. 
- Dzięki - mruczę - Gdybyś mógł mi go już dać. Ksiądz na mnie czeka. 
Chłopak kiwa głową i podaje mi szkic.
- Może cię podwiozę? Będzie na pewno szybciej.
Już miałam zaprzeczać, gdy z podziemi wyrosła moja mama.
- To świetny pomysł! Ostatnio też przyszłaś piętnaście minut za późno, a tak zjawisz się na czas.
Przewróciłam oczami i ostatecznie się zgodziłam. Nie chciałam z nim jechać, bo obecność bruneta strasznie mnie onieśmielała. Zupełnie jednak nie rozumiałam dlaczego. Był przystojny, ale już nie raz miałam do czynienia z przystojnymi chłopakami i zachowywałam się zupełnie inaczej.  
- Jestem Louis - usłyszałam nagle. 
Zlustrowałam chłopaka wzrokiem. Podobał mi się, wyglądał na miłego, a nasze mamy się przyjaźniły. Pomyślałam, że powinnam dać mu szansę.
- A ja Alex.

Nowe łzy spływają mi na policzki. Spędziłam z tym człowiekiem tyle pięknych chwil. I nie mam pojęcia, które z nich były prawdziwe. Czuję się, jakbym nie mogła odróżnić snów od jawy. Co się działo na prawdę, a co było jedynie złudzeniem. Czy on mnie naprawdę kochał? Tak mówił. Jak dużo innych rzeczy. Ale zapomniał wspomnieć, że moja matka płaci mu za nasz związek.
Wycieram policzki dłonią. Nie ma sensu płakać. Tu i tak nie ma czego ratować. Wszystko jest skończone. Nigdy mu tego nie zapomnę.
Spoglądam na Harry'ego siedzącego w fotelu. Jego klatka piersiowa spokojnie się podnosi i opada. Czuwał przy mnie całą noc, nic dziwnego, że zasnął. Spoglądam na jego twarz i fioletowo-szary obszar pod okiem. Dlaczego Tomlinson go uderzył? Bał się, że Harry pozbawi do dochodów. Czuję jak rośnie we mnie fala gniewu. Nie przepuszczę Louisowi tego co zrobił. Nie ma mowy.
Czuję jednak, że nadal nie jestem w stanie zmierzyć się z Tomlinsonem. Stanę z nim twarzą w twarz i nie będę potrafiła nic powiedzieć. Boję się tej konfrontacji. Chociaż wiem, że jest ona nieunikniona. Muszę to wszystko zakończyć. A potem wyjechać. Daleko, bardzo daleko stąd.
Nadchodzi kolejna fala mdłości. Biegnę do toalety i od razu wymiotuję do muszli. To nie jest pierwszy raz. Ostatnio zdarza się to niemal codziennie. I wiem, co to zwiastuje. Ale na razie nie dopuszczam tego do wiadomości. Po prostu nie.
- Alex? - W głowie Harry'ego słyszę przejęcie. - Wszystko w porządku?
Wycieram usta wierchem dłoni.
- Tak - kłamię - Źle się poczułam. To... chyba z tych nerwów.
Chciałabym, aby to była prawda.
- W szafce pod umywalką powinny być ręczniki, a w szufladzie czyste szczoteczki do zębów. Weź prysznic, lepiej się poczujesz.
- Dzięki.
Szybko odnajduję potrzebne mi rzeczy, po czym zdejmuję przepocone ubrania i wchodzę pod prysznic. Harry miał rację, od razu gdy moja skóra spotyka się z ciepłą wodą czuję się lepiej. Jakbym zmywała z siebie brud poprzedniego dnia. Moczę włosy, wiedząc, że już naprawdę źle wyglądały. Harry by mi tego nie powiedział, ale wiem, że w nocy przypominałam zjawę. Mało mnie to jednak obchodziło, wygląd był ostatnią rzeczą jaką się przejmowałam. Dzisiaj jest jednak nowy dzień i trzeba się wziąć w garść. Tak jak mówiłam wcześniej. Nie będę płakała nad rozlanym mlekiem. Postawiłam sobie cel, jakim jest wydostanie się stąd. I będę do niego dążyć.
Wychodzę z kabiny i owijam się szczelnie ręcznikiem. Moja ubrania niestety już nieprzyjemnie pachną, więc wrzucam je do kosza. Meg i tak potem wszystko zbiera. Opuszczam łazienkę i wtedy orientuję się, że nie wytarłam włosów. Pozwalam jednak spokojnie kapać wodzie z moich - idealnie ściętych przez przeklętych stylistów - końcówek.
- Przyniosłem ci świeże ubrania - słyszę.
Harry podaje mi stosik ładnie poskładanych ciuchów. Dziękuję mu z uśmiechem i wracam do łazienki. Chłopak naprawdę mi pomaga. Dba, abym jakoś wyszła z tego dołka. Chociaż zdaje sobie sprawę, że jest na to za wcześnie. O wiele. To się nie poddaje. Jest przy mnie i stara się jak może. A ja nie potrafię opisać, jak jestem mu wdzięczna. Nie zapomniał nawet o bieliźnie. Na mojej twarzy pojawiają się rumieńce, gdy pomyślę, że przebierał w szufladzie z majtkami lub stanikami.
Ubieram się szybko i rozczesuję mokre włosy. W zasadzie nie wyglądam wcale tak źle. Może nie licząc zapuchniętych od płaczu oczu.
- Gdzie ona jest?! - Krzyk wydobył się zza drzwi, bez problemu rozpoznałam znajomy głos. - Wiem, że tu jest!
- O czym ty znowu mówisz? - pyta Harry. Wiem, że broniłby mnie nawet, gdybym go o to nie prosiła. I chociaż mam ochotę schować się w tej łazience, to nie mogę go znów narażać. Nie zniozłabym kolejnego siniaka na jego ciele.
- Posłuchaj, nie wiem gdzie schowałeś Alex, ale przysięgam, że cię...
- Tutaj jestem - mówię, wchodząc do pokoju.
Od razu mój wzrok spotyka Louisa. Jest wściekły. Widzę jak zaciska pięści, co utwierdza mnie, że dobrze zrobiłam, wychodząc z kryjówki. Harry znów by oberwał.
- Myślałem, że się pogodziliśmy - Louis idzie w moją stronę - Że zrozumiałaś... Jak ja mam ci do cholery zaufać, skoro znowu spędziłaś noc u tego idioty?
Milczę. Wpatruję się w niego i wspomnienia znów we mnie uderzają.

Niespodziewanie Louis unosi głowę. Patrzę na niego zaskoczona. Piosenka się jeszcze nie skończyła. Wszystkie moje wątpliwości, zostają przez niego rozwiane, gdy łączy nasze wargi w bardzo subtelnym i osobistym pocałunku. Chciałam tego, naprawdę tego chciałam. On również. Czułam, że się uśmiecha, przez co ja również nie mogłam powstrzymać uśmiechu. Był niesamowity.
- Nie psujmy nic Aly - wyszeptał, kiedy się od siebie oderwaliśmy - Nigdy więcej.
Miałam wrażenie, że serce wyskoczy mi zaraz z piersi. Znów byłam Aly. Zwracał się do mnie, a nie do swojej udawanej dziewczyny.
Przyłożyłam dłoń, do jego policzka.
- Nie zepsujemy tego - mówię - Już nie.
I nasze usta znów się spotkały.

Zepsuł wszystko. A właściwie nic nie było naprawione. Już dawno powinnam sobie uświadomić, że tu nie ma czego naprawiać i zapomnieć o Louisie. Ułożyć sobie życie na nowo. O ile byłoby teraz łatwiej.
- Nie zamierzasz nic powiedzieć? - słyszę gniew w głosie Tomlinsona.
Ja jedynie wzruszam ramionami.
- Alex co się z tobą dzieje?! - krzyczy - Najpierw oskarżasz mnie o zdradę, a teraz to ty sypiasz u mojego przyjaciela! Przyjęłaś pierścionek, jesteśmy zaręczeni a mimo to przyszłaś do niego. Kocham cię, ale widzę, że się ode mnie oddalasz. Gubię się w tym wszystkim a ty tak po prostu milczysz?!
Jego słowa mnie bolą, bo tak bardzo chciałabym w nie wierzyć. Jednak to kolejne kłamstwa. Czuję rosnącą nienawiść do tego człowieka.
- Ty przemilczałeś to, że jesteś sponsorowany przez moją matkę.
Oczy Tomlinsona otwierają się szerzej, gdy docierają do niego moje słowa. A ja widząc jego minę odczuwam niesamowitą satysfakcję.
- Co? Myślałeś, że się nie dowiem? - prycham, mój głos jest lodowaty - Jesteś żałosny Tomlinson.
Chłopak patrzy na mnie zbolałym wzrokiem. Zbyt wiele razy się na to nabierałam. Nigdy więcej.
- Aly to nie tak, ja od pewnego czasu nie biorę tych pieniędzy.
Kręcę głową.
- I myślisz, że to ma jakiekolwiek znaczenie? Wykorzystałeś mnie. Byłam tylko jednym z warunków umowy. Miałeś mnie gdzieś, oszukiwałeś i grałeś zakochanego. A ja głupia ci wierzyłam. Wierzyłam w każde słowo i w to, że naprawdę planujesz ze mną przyszłość. Od lat cię kochałam i mogłam zrobić dla ciebie wszystko... ale to jest koniec.
- Ty nie rozumiesz - podchodzi bliżej, ale ja się odsuwam - Po to pojechałem do twojej matki. Zrezygnowałem z tej pieprzonej umowy. Naprawdę chcę się z tobą ożenić.
Jest szczery. Widzę, że naprawdę to wszystko go boli, a oczy się szklą. Przecież on nigdy nie płacze. To sprawia, że i mi trudno powstrzymać łzy. Jestem jednak nieugięta.
- Jak mogłabym wyjść za człowieka, na którym się tyle razy zawiodłam? Wiele ci wybaczyłam Louis, ale to... po prostu nie potrafię. Zrobiłeś dokładnie to samo co trzy lata temu. Ze mnie czynisz tę złą, kiedy tak naprawdę to ty jesteś wszystkiemu winny.
Mimo wszystko w mojej głowie pojawia się tamten ciemny pokój i James, robiący mi krzywdę. Wzdrygam się na samą myśl. Za to nie mogę obwiniać Louisa. O niczym nie wiedział. Ale fakt, że zostawił mnie nie dając szansy na obronę. To mam mu za złe.
- Nie wierzę, że nie zrobisz tego po raz kolejny - szepczę.
Ciało chłopaka jest napięte. Wpatruje się we mnie wzrokiem, jakbym zabijała go od środka. Ma mocno zaciśniętą szczękę i widzę, że z trudem powstrzymuje łzy. Tak żałosny widok Louisa sprawia, że się rozklejam. Nie potrafię inaczej. Chociaż nie wiem jakbym się okłamywała, to jednak dalej go kocham. Nie da się zapomnieć o kimś w jeden dzień.
Mam ochotę go przytulić. Objąć jego kark i zatopić twarz w koszulce. Poczuć ręce na talii. Usłyszeć bicie serca. Wdychać niepowtarzalny zapach.
Ale tego nie zrobię.
- Wyjdź - łkam.
Chłopak jednak ani drga. Patrzy na mnie i chyba chce coś jeszcze powiedzieć. Jednak tego nie robi. Przygryza dolną wargę, a mi serce bije szybciej. Uwielbiałam jak tak robił.
- Nie mogę cię stracić Aly.
Czuję, że zaraz znów wpadnę w histerię. Coraz więcej łez wylewa mi się na policzki.
- Już straciłeś.
Louis wygląda jakby dostał w twarz. Oboje byliśmy na skraju wytrzymałości. Jednocześnie chciałam go zwyzywać od najgorszych i znów znaleźć się w jego ramionach. Musiałam to skończyć.
- Wyjdź stąd - mówię.
Louis wysyła mi ostatnie zrozpaczone spojrzenie i wychodzi trzaskając drzwiami. Czuję się, jakby ktoś wyrwał mi serce z piersi.
Upadam na kolana i zaczynam gwałtownie płakać. Nie mogę tego już dłużej powstrzymywać. Właśnie straciłam kogoś ważnego. Potrzebuję czasu aby się z tym pogodzić, nawet jeżeli była to jego wina.
Harry klęka przy mnie i łapie w ramiona. Zapomniałam o jego obecności.
- Cii, już dobrze - szepcze mi we włosy - Jestem tutaj z tobą.
Wtulam się mocniej w ciało Harry'ego. Chyba nigdy go tak nie potrzebowałam, jak w tej chwili.

Płaczę bardzo długo. Właściwie dopóki, dopóty nie zasypiam, wyczerpana z jakichkolwiek sił. Kiedy się budzę jest przy mnie Harry i zabiera mnie do kuchni. Upiera się, że muszę coś zjeść. Nie mam na to kompletnie ochoty, ale ostatecznie się zgadzam. Nie chcę się z nim kłócić.
Chłopak robi mi kanapki z szynką i pomidorem oraz ciepłą herbatę, idealną w lutowy dzień. Ja jadłam, a on siedział, mówiąc, że nie jest głodny. Po długich namowach wcisnęłam mu jedną kanapkę.
Dzięki Harry'emu łatwiej mi przez to wszystko przejść. Jest przy mnie i wspiera. Nie naciska, nie ponagla do żadnej decyzji. Pozwala mi samej dojść do siebie. A on jest w tym czasie obok. To wspaniałe z jego strony.
Zastanawiam się tylko, czy on zdaje sobie sprawę, że skoro mój związek z Louisem się skończył, będę musiała odejść. Nie mam pojęcia co się dzieje w jego głowie. To mnie intryguje.
- Ziemia do Alex, znów odpływasz.
Widzę uśmiech na jego twarzy.
- Jak to ostatnio mam w zwyczaju.
Chyba posiadam do tego prawo, zważywszy na wszystko co się dzieje. Jestem zwyczajnie zmęczona. Szczególnie dzisiejszą sytuacją. Niecodziennie człowiek dowiaduje się, że był okłamywany przez najważniejszą dla siebie osobę.
Niespodziewanie Harry łapie mnie za rękę. Ma ciepłe palce.
- Chcę, żebyś wiedziała... - zawahał się - Że jestem przy tobie. Zawsze będę.
Zatapiam się w jego zielonych tęczówkach. Uśmiech sam pojawia się na mojej twarzy.
- Dziękuję ci. Nie poradziłabym sobie z tym, gdyby nie ty.
- Poradziłabyś - zapewnia - Jesteś o wiele silniejsza niż ci się wydaje.
Mówi bardzo poważnie, a ja czuję miłe ciepło rozchodzące się w okolicach klatki piersiowej. Harry często prawi mi komplementy, a kiedy ja proszę aby nie przesadzał on odpiera, że jest to sama prawda. Ale czy ja jestem silna? Dotrwałam aż tutaj, wiele osób na moim miejscu już dawno by się poddało. Ja miałam dla kogo walczyć, a przynajmniej do niedawna. Straciłam Louisa a na nikim bardziej mi nie zależało. I może to też jest jeden z powodów przez które tak się podłamałam. Nie mam dla kogo być silna. Przeżywać to piekło. A przynajmniej tak mi się wydawało. Aż znów nie zobaczyłam iskierek tańczących w zielonych tęczówkach. Byłam głupia, że wcześniej nie dostrzegłam sposobu w jaki Harry na mnie patrzy. Wierzy we mnie. W to, że sobie poradzę. I nie zawiodę go. Nie potrafię. Jest dla mnie zbyt ważny.
I to chyba te jego oczy budzą we mnie ducha walki. Wydostanę się z tego domu. I to szybko.
- Muszę pójść do Colina.
Teraz to Harry szeroko się uśmiecha.
- I to rozumiem.


Chłopak odprowadza mnie pod sam gabinet. Muszę przyznać, że się boję. Nie wiem jak przekonam Colina aby powiedział mi wszystko odnośnie matki. Harry caly czas trzyma mnie za dłoń, chcąc pokazać, że jest przy mnie. Chociaż uzgodniliśmy, że do środka wchodzę sama. Biorę głęboki wdech. Raz kozie śmierć. Pukam. Moje serce zaczyna bić mocniej kiedy męski głos każe mi wejść. Przełykam głośno ślinę i robię co mi każe.
W pomieszczeniu jest bardzo jasno i o wiele czyściej niż przy mojej ostatniej wizycie. Może już wie, że tu byliśmy? Nie mam pojęcia co kryje się w głowie mężczyzny. Podnoszę na niego wzrok i zauważam, że bacznie mi się przygląda. Jakby starał się coś wyczytać z mojego zachowania.
- Dzień dobry Alexandro.
Siadam na krześle przed biurkiem Colina.
- Dzień dobry.
Cały czas patrzy na mnie badawczo. Poprawiam się nerwowo.
- Chyba domyślam się co cię do mnie sprowadza.
Marszczę brwi.
- Naprawdę?
Kiwa głową.
- Był u mnie Louis. Niewiele udało mi się zrozumieć z tego, co mówił, ale dobitnie przekazał mi, że znasz już prawdę o jego umowie z Elizabeth.
Coś ściska mnie w środku gdy słyszę jego słowa. Boli mnie to, co się wydarzyło. Nie chcę jednak pokazywać tego Colinowi. Chociaż wiem, że on się wszystkiego domyśla.
- Jego umowie? To znaczy, że ciebie ona nie obowiązuje?
Colin śmieje się cicho.
- Nie pobieram żadnych opłat za opiekę nad tobą Alexandro.
- Skąd mogę wiedzieć, że mówisz prawdę?
- A po co miałbym kłamać?
Powiedział to tak, jakby to było oczywiste. Ale nie jest. Przynajmniej na mnie. Mrużę oczy podejrzliwie.
- Więc dlaczego to robisz? Jaki masz z tego zysk?
- Powiedzmy, że mam własne powody.
Nie podoba mi się to. Kolejne tajemnice. Wiem jednak, że chociaż nie wiem jakbym naciskała, to mężczyzna niczego mi nie powie. Zaczynam mieć dość tej rozmowy. Inaczej układałam sobie to w głowie. Postanawiam więc byś bezpośrednia.
- Chcę się wyprowadzić.
Colin nie wygląda na zaskoczonego. Spodziewał się, że takie będzie moje posunięcie. Wkurza mnie, że w jego mniemaniu jestem strasznie przewidywalna.
- Nie.
Wiedziałam, że tak będzie. Mimo to się nie poddaję.
- Dlaczego? Nie jestem wam już potrzebna, skoro mój związek z Louisem się rozpadł.
Mężczyzna kręci głową.
- W oczach fanów wciąż jesteście parą.
- To podaj do prasy informację o zerwaniu i po sprawie.
- Wcale nie. Pozostaje jeszcze kwestia szaleńca, który stara się ciebie pozbyć.
Marszczę brwi.
- Przecież jedno jest powiązane z drugim. Sam mówiłeś, że chodzi mu o nasz związek... - przerywa mi.
- Myliłem się. Uważamy, że nie to jest przyczyna ataków.
Patrzę na niego jak na idiotę. O czym on mówi? Przez cały czas wmawiał mi, że to moja relacja z Tomlinsonem sprowadza te wszystkie nieszczęścia. A teraz gdy się skończyła... nagle pojawia się inny powód? Czuję irytację, ale staram się nie dawać tego po sobie poznać. Ciekawość jest o wiele większa.
- Więc co nią jest?
Colin przygląda mi się dłuższą chwilę. Znam ten wyraz jego twarzy. Stawia w głowie granicę, do której może mi wyjawić prawdę. Tworzy niewidzialną ścianę.
Niestety zderzam się z nią o wiele szybciej niż się spodziewam.
- Nie ja powinienem cię w to wszystko wtajemniczać.
Teraz jestem już mocno poirytowana.
- A kto? - pytam.
Mam wrażenie, że przez twarz Colina przemyka współczucie. To sprawia, że domyślam się odpowiedzi.
- Twoja matka.

.

środa, 3 sierpnia 2016

Rozdział 8

Obracam mały, gładki przedmiot w palcach. Jest piękny. Zawsze o takim marzyłam. Jednak teraz nie mogę powstrzymać łez. Pozwalam im płynąć. Wszystko mi jedno. Nikt mnie nie widzi.
Słyszę pukanie do drzwi. Ja jednak się nie ruszam. Wiem, kto tam stoi. Victoria dobija się do mnie od dobrej godziny. Nie chcę jej widzieć - z resztą jak każdego. Moim jedynym marzeniem jest samotność. Chować się w tym pokoju jak najdłużej się da. Wtedy nikogo nie zranię.
- Alex proszę, chcę ci pomóc - słyszę.
Pomoc? To nie mnie jest ona potrzebna. Ja zadałam ból. Uderzyłam w czuły punkt osoby, na której najbardziej mi zależy. Z którą łączy mnie miłość. Jak mogłam być tak lekkomyślna? I podła? Kręcę głową. Jestem idiotką, głupią idiotką.
Zamykam oczy. Uderzenia w drzwi nie ustają. Wiem, że Vicky sobie nie pójdzie dopóki jej nie otworzę. Nieraz to przerabiałyśmy przed moim wyjazdem. Wzdycham i wstaję. Chowam pierścionek do kieszeni dżinsów - czuję, że muszę mieć go przy sobie. Otwieram drzwi i ukazuje mi się moja siostra. Jak zwykle wygląda obłędnie.
- Nareszcie - mówi, a w jej głosie słychać ulgę - Chodź, porozmawiajmy.
Spoglądam na zegarek i kręcę głową.
- Już jest pora kolacji - zauważam.
Vicky podąża za moim wzrokiem i po chwili się zgadza. Idziemy w ciszy. Ja nie mam ochoty na rozmowy, a ona chyba nie wie co ma powiedzieć. Czuję kłucie bólu w sercu. Siostrzana relacja nie powinna tak wyglądać. Nie potrafię jej jednak wybaczyć. Za dużo się wydarzyło.
- Alex...
Spoglądam na nią.
- Co?
Dziewczyna wygląda na zmieszaną.
- Ja trochę widzę co tu się dzieje i chociaż wiem, że będziesz miała moją radę gdzieś, to... zastanów się, kto jest warty twojego cierpienia.
Patrzę na nią marszcząc brwi. Vicky kładzie mi jeszcze rękę na ramieniu, po czym wchodzi do jadalni. Zdezorientowana robię to samo.  W głowie caly czas nam słowa siostry.
Większość domowników siedzi już przy stole. Moje serce zaczyna szybciej bić, gdy widzę Tomlinsona. Staram się jednak przyjąć obojętny wyraz twarzy. On również mnie ignoruje. Zajmuję swoje miejsce witając się z Niallem i Zaynem. Nie widzieliśmy się dzisiaj, bo cały dzień przesiedziałam w mojej sypialni.
Wszyscy jedzą i rozmawiają. Niall cały czas rozśmiesza czymś Holly i mam wrażenie, że co jakiś czas jego ręką spoczywa na jej kolanie. No ładnie. Szykuje się chyba coś większego. Moja siostra zawzięcie dyskutuje o czymś z Liamem. Nie podoba mi się to połączenie. Jedno gorsze od drugiego. Zayn rozmawia z Meg, lecz cały czas ma w dłoniach telefon. Jestem pewna, że pisze z Perrie. Oni naprawdę są nierozłączni. Nawet gdy dziewczyna jest w trasie, muszą być cały czas w kontakcie.
Czuję na sobie wzrok Louisa. Nie chcę na niego patrzeć, bo wiem, że zaleje mnie kolejna fala wyrzutów sumienia. Pierścionek zaczyna uwierać mnie w kieszeni. Szukam rozpaczliwie czegoś, co odwróci moją uwagę. I wtedy orientuję się, że kogoś mi tu brakuje.
- Gdzie jest Harry? - pytam Zayna.
Pokój Malika i Harry'ego są niemal na przeciwko. Pomyślałam, że może on coś wie.
Zanim jednak Mulat mi odpowiada słyszę głośne prychniecie. Podnoszę wzrok na Louisa.
Jest zdenerwowany. Wskazuje na to zaciśnięta mocno szczęka i spojrzenie zdolne zabić. Dlaczego on się tak złości? Naprawdę jest aż tak zazdrosny o Harry'ego? Wystarczyło, że wymówiłam jego imię i już jest zły jak osa.
Zayn przypatruje nam się z zainteresowaniem.
- Jest w pokoju. Nie zejdzie na kolację - mówi.
- Świetnie. - Nie przestaję patrzeć na Louisa. - Więc idę do niego.
Czuję satysfakcję, gdy widzę jak Tomlinson się napina. Wiem, że igram z ogniem, ale nie mogę znieść tego, co robi Louis. Stara się mną manipulować, tak abym przestała zadawać się ze Stylesem. Nie pozwolę mu na to.
Wstaję od stołu i opuszczam pomieszczenie zanim ktokolwiek zdąży zadać mi jakieś pytanie. Każdy jest jednak tak zajęty, że nawet nie zauważa, że wychodzę. Wyjątkiem jest Louis, który już po chwili podąża za mną.
Słyszę, że mnie woła, ale ja uparcie idę do przodu. Nie chcę się z nim konfrontować. Jeszcze nie czuję się na siłach.
Chłopak mnie dogania i chwytając za ramiona pcha na ścianę, a nastpnie przygnata swoim ciałem abym nie uciekła. Czyli nie mam wyjścia, muszę z nim rozmawiać. Spuszczam wzrok w dół. Oddech Louisa łaskocze mnie przyjemnie w policzek przez co jest mi jeszcze trudniej.
- Nie uciekaj - szepcze.
Czuję jak serce gwałtownie przyśpiesza mi na dźwięk jego głosu. Zdaję sobie sprawę, że mimo rozpaczy i złości ja naprawdę... tęsknię. Za jego dotykiem, ciepłym spojrzeniem, pocałunkami. Za nim całym.
Ale nie mogę być z nim teraz blisko.
- Puść mnie - mówię, wciąż na niego nie patrząc.
Chłopak chwilę się waha, ale potem się odsuwa. Teraz najchętniej bym odeszła, ale wiem, że Louis znów mnie chwyci i do siebie przyciągnie.
- Robisz to specjalnie - słyszę nagle.
Kręcę głową.
- Nieprawda.
- A gdzie teraz szłaś? - pyta zaczepne - Alex spójrz na mnie!
Niechętnie, ale robię to, co każe. Jest zdenerwowany, ale nie tak bardzo jak wcześniej. Wiem, że tak naprawdę on też nie chce tej kłótni.
- Harry jest naszym przyjacielem. Jak możesz być o niego zazdrosny? - pytam.
- Po prostu widzę co się dzieje.
- Louis nic się nie dzieje! Uroiłeś coś sobie i próbujesz mnie o to oskarżać!
Chłopak chce coś powiedzieć, ale potem rezygnuje. Nastaje długa cisza, która w tym momencie jest jak kat. W końcu ja ją przerywam.
- Jestem twoją dziewczyną, powinieneś mi ufać - szepczę.
Louis łapie mnie za dłoń.
- I ufam.
Na jego twarzy niema już nawet śladu po złości. Zupełnie jakby wcześniejszych wydarzeń w ogóle nie było. Chłopak przyciąga mnie do siebie obejmując w pasie. Pozwalam mu na to, ja też jestem spragniona jego dotyku, zapachu.
- Przepraszam, masz rację. Przesadzam - przyznaje.
- Ja też przepraszam. To co wczoraj powiedziałam było...
Właśnie, jakie? Podłe? Z pewnością. Szczere? Oczywiście, byłam wściekła, a on wie jak było. Czy żałuję, że mu to wszystko powiedziałam? Sama nie wiem. Wcześniej, kiedy się do siebie nie odzywaliśmy, wydawało mi się, ze tak. Ale teraz nie mam pojęcia.
- Nie mówmy już o tym - proponuje, na co ja od razu przystaję.
To oczywiste, że nie chcę się z nim kłócić. To mój chłopak, kocham go. I wiem, że on czuje do mnie to samo. Widzę uśmiech na jego twarzy, zupełnie jakby słyszał moje myśli. Również się uśmiecham i wtedy Lou łączy nasze usta. Jest to wytęskniony, spragniony siebie nawzajem pocałunek. Louis opiera mnie o ścianę, a ja oplatam go nogami i wsuwam palce w jego ciemne włosy. Nasze usta dalej toczą zażartą walkę. Czuję jak ręce Louisa suną po moim tyłku. Wkłada rękę do kieszeni i... stawia mnie na ziemi.
Patrzę na niego zdziwiona. W korytarzu słychać nasze przyśpieszone oddechy. Po chwili wiem już co znalazł. W dłoni trzyma pierścionek.
- Powiedz mi szczerze - zaczyna patrząc mi w oczy - Chcesz tego?
Zatyka mnie. Nie mam pojęcia co mu odpowiedzieć. Czy chcę? Chcę. Ale nie jestem pewna, czy on wie co mi deklaruje. Kręcę głową.
- Louis to nie jest takie proste. Nie jesteśmy chyba na to gotowi, z resztą teraz nie jest odpowiedni moment...
- Nie o to pytałem - przerywa mi.
Pokazuje znów na pierścionek.
- Chcesz tego? - pyta.
- Oczywiście, że chcę.
Na jego twarzy pojawia się uśmiech. Wypuszcza mnie z uścisku. Po czym klęka na jedno kolano.
- Alexandro Emily Collins, wiem, że to nie jest wymarzony moment i sytuacja, ale... czy uczynisz mnie najszczęśliwszym człowiekiem na świecie i zgodzisz się zostać moją żoną?
Zakrywam usta dłonią.
- Wariat - śmieję się.
Louis nadal patrzy na mnie wyczekująco. Uśmiech nie znika z jego twarzy. Zdaję sobie sprawę, że naprawdę kocham tego człowieka i nawet jeśli coś będzie szło nie tak jak powinno, to razem możemy to naprawić. Wybudujemy sobie wspólną przyszłość. Małymi kroczkami, cegiełka po cegiełce. Damy radę, wiem o tym. Jestem gotowa podjąć ryzyko.
- Tak - mówię - Wyjdę za ciebie.

Przyglądam się jak Louis miarowo oddycha. Jest taki spokojny gdy śpi. Zupełnie inny niż na co dzień. Uśmiecham się lekko. Mój narzeczony nie potrafi wysiedzieć w miejscu.
Narzeczony. Chyba jeszcze do mnie nie dotarło, że naprawdę mi się oświadczył. Nie wyobrażam sobie, żebym za jakiś czas była panią Tomlinson. Mam wrażenie, że to toczy się trochę za szybko.
I może dlatego nie sprawia mi to radości. Znaczy cieszę się z zaręczyn. Ale nie tak jak myślałam,że będę się cieszyć. Nie mam ochoty skakać i obwieszczać światu, że Louis Tomlinson mi się oświadczył. Mam wrażenie, że ja po prostu to zaakceptowałam. I to mnie przeraża, tak nie powinno być.
Zdejmuję z siebie rękę Louisa i zsuwam się po cichu z łóżka. Zbieram swoje ubrania z podłogi i zakładam na nagie ciało. Potem opuszczam jego sypialnie, starając się nie robić przy tym żadnego hałasu. Nie chcę, aby się obudził.
Na korytarzu jak zwykle napotykam kilku ochroniarzy. Staram się ich ignorować i iść pewnym krokiem przed siebie. W domu panuje cisza - nic dziwnego, jest dosyć późno. Każdy raczej przebywa w swoim pokoju. Chłopaki opowiadali mi, że kiedyś gdy Colin wyjeżdżał ta willa stawała się jedną wielką imprezownią. Melanże trwały średnio tydzień, czasami dłużej. Boję się nawet wyobrazić w jakim stanie musiał być później dom.
Schodzę na dół, chcąc napić się wody. Albo nawet coś zjeść. Mam gdzieś późną porę, umieram z głodu. Nic nie zjadłam na kolacji.
Wchodzę do kuchni, ale nie jestem w niej sama. Widzę ciemną czuprynę buszującą w lodówce. Uśmiech sam pojawia się na mojej twarzy.
- Powinny być jeszcze naleśniki - mówię, podchodząc bliżej Harry'ego - Meg jak zawsze zrobiła trochę na zapas.
Teraz Harry powinien się szeroko uśmiechnąć i rzucić jakiś słaby żart o naleśnikach. Nie robi tego. Marszczę brwi, zdziwiona nagłą ciszą. Obraził się? Nie chce ze mną rozmawiać? Nic nie rozumiem. Staję obok niego, jednak ten nadal uparcie mnie ignoruje. Nie wytrzymuję i chwytam jego twarz w dłonie. Chcę aby na mnie spojrzał. Szybko tego żałuję.
Cały obszar pod jego lewym okiem jest szaro-fioletowy, co podkreśla jeszcze słabe światło lodówki. Wygląda to okropnie. Krzywię się, ale nie zabieram ręki. Jeżdżę delikatnie palcami po całym siniaku.
- Louis ci to zrobił?
Nie musi odpowiadać, znam odpowiedź. Czuję jak przepełnia mnie złość. Rozumiem jest zazdrosny, ale to nie jest powód aby się bić. Patrzę z współczuciem na twarz Harry'ego. Kolejny punkt na liście wyrzutów sumienia.
- Nie patrz tak na mnie - chrypi, a mnie przechodzą przyjemne ciarki - Nie jestem małym chłopcem, nie lituj się nade mną.
Bierze moją dłoń w swoją i zdejmuje z twarzy. Widzę jak cały sztywnieje, gdy dostrzega pierścionek na moim palcu. Nie jest głupi, wie co to. Nic nie mówi, ale podnosi na mnie wzrok. Wygląda jakby dostał właśnie w twarz i to sprawia mi ból.
- Gratulacje - szepcze, puszczając moją rękę.
- To... świeża sprawa.
Kiwa głową.
- Domyślam się. - Jego głos jest obojętny, mina tak samo. To mnie boli jeszcze bardziej, chociaż nie rozumiem dlaczego.
- O co ci chodzi?
Chłopak patrzy na mnie pustym wzrokiem.
- O nic.
Czego ja się spodziewałam? Że będzie skakał z radości? Przecież pamiętam co mi mówił zanim mnie pocałował. A właściwie ja pocałowałam jego. To wszystko jest strasznie zagmatwane.
- Chodź - słyszę nagle.
Robię zdziwioną minę.
- Gdzie?
- Do gabinetu Colina. Holly mówiła, że może jutro wrócić, a wtedy na pewno nie uda nam się tam dostać.
Boli mnie, że nagle zrobił się tak zimny, ale wiem, że nic na to nie poradzę. Znam dobrze Harry'ego i już się nauczyłam, że ta maska obojętności to jego tarcza do radzenia sobie z problemami.
- Więc chodźmy - mówię.
Wychodzimy na korytarz w ciszy. Jest pusty, co mnie dziwi. Gdzie podziali się ochroniarze? Patrzę pytająco na Harry'ego, ale ten jedynie wzrusza ramionami. W zasadzie do samego gabinetu nikogo nie spotykamy. Nie podoba mi się to. Wszystko rozgrywa się zbyt spokojnie i cicho. Zaczynam się nawet zastanawiać, czy to nie podstęp. Niemożliwe aby wszyscy ochroniarze naraz zniknęli.
- Coś musi się dziać - mówi Harry - Musimy się śpieszyć, nie wiem za ile wrócą.
Wyobrażam sobie jak kilku ochroniarzy przyłapuje nas w gabinecie. Grzebiących w jakiś papierach. Nie mam pojęcia co by później z nami zrobili i nie chcę się dowiedzieć, dlatego przyspieszam kroku.
Kątem oka przyglądam się Harry'emu. Mimo jego siniaka muszę przyznać, że w półmroku panującym na korytarzu wyglądał pięknie. Miałam wrażenie, że jego zielone tęczówki świecą w ciemności rzucają poświatę na twarz. Na ramiona opadały mu ciemne włosy. Czy to źle, że mam ochotę zatopić w nich palce?
Kręcę głową. Muszę się uspokoić. Wariuję.
Dochodzimy na miejsce, gdzie również zastajemy pustkę. Wiem, że tak ma być, lecz wciąż nie mogę zwalczyć niepokoju. Czuję, że stanie się coś złego.
Ciągnę za klamkę, ale czuję opór. Otwieram szerzej oczy i próbuję jeszcze raz.
Zamknięte.
Pięknie. Nie mamy przecież klucza. Odwracam się do Harry'ego.
- Co teraz?
- Patrz.
Podchodzi do wielkiego kwiatka stojącego w rogu. Wkłada rękę za doniczkę i już po chwili macha mi przed twarzą małym kluczykiem. Gapię się na niego będąc pod wrażeniem.
- Colin chowa klucze w donicy?
Dostrzegam słaby uśmiech na twarzy chłopaka.
- Nie - mówi, otwierając drzwi. - To kluczyk Meg. Używa go, gdy chce posprzątać gabinet.
Kiwam głową. Faktycznie taka skrytka bardziej pasuje mi do Meg.
Wchodzimy do środka. Byłam tu już kilka razy, więc wiem jak wszystko wygląda. Od razu podchodzę do biurka i przeglądam szuflady. Wyjmuję różne teczki i zaczynam czytać, szukając tego jednego nazwiska. Harry w tym czasie przetrząsa regał.
Po jakiś piętnastu minutach wciąż nic nie mamy, a mi już mieszają się literki. Mimo to nie przerywam. Muszę poznać prawdę.
- Sprawdź jeszcze na dole - proponuję brunetowi.
Chłopak posłusznie robi to, co powiedziałam. Nie mija minuta, gdy słyszę.
- Mam! To jest ta teczka i te papiery.
Idzie do mnie z szerokim uśmiechem na twarzy. Tyle, że ja nie potrafię go odwzajemnić.
Też coś znalazłam. O wiele gorszego niż się spodziewałam. Czytam wszystko jeszcze raz mając nadzieję, że po prostu się pomyliłam. Że tam nie ma nazwiska mojego narzeczonego.
- Alex co się stało? - W głosie Harry'ego słyszę niepokój.
Podnoszę na niego wzrok i momentalnie moje oczy napełniają się łzami. Unoszę wyżej trzymaną przeze mnie umowę.
- Louis dostaje za nasz związek pieniądze. Moja matka mu płaci - mówię drżącym głosem.
Widzę zdziwienie na twarzy chłopaka. Po chwili podchodzi do mnie i bez słowa zamyka w swoich ramionach. Wtulam się w jego ciało popadając w coraz większą histerie. Coś w co wierzyłam po prostu się rozpadło. W jednej sekundzie. Zaufanie jakie budowałam przez długi czas do Louisa zniknęło. Ale najbardziej boli mnie to, że ja go naprawdę kocham. Jak on mógł mnie okłamywać tyle czasu? Jestem tutaj pół roku i nic nie wzbudziło moich podejrzeń. Jego pocałunki, słowa... wszystko wydawało się naprawdę szczere, a okazało się tylko kolejnym kłamstwem. Do cholery jasnej przecież my uprawialiśmy seks! Jak on mógł udawać? JAK?
W tym momencie dobrze, że Harry mnie trzyma, bo na pewno bym upadła. Nie mam kompletnie siły, zupełnie jakby ten kawałek papieru pozbawił mnie całkowicie chęci do życia. Mam ochotę zasnąć i więcej się nie budzić. Zniknąć. Tak po prostu. Zero bólu, złamanych serc i skończonych debili.
Jak ja mogłam być taką idiotką? Nie raz zawiodłam się na Louisie, dlaczego zawsze dawałam mu kolejną szansę? Bezgranicznie mu ufałam i uparcie wierzyłam, że się zmieni. Że to tylko kwestia czasu. Sama się się oszukiwałam i na pewno nie zamierzam tego ponawiać. To jest koniec.
Koniec z Tomlinsonem. Nie chcę go więcej widzieć. Nie chcę z nim rozmawiać. A już na pewno słuchać jego tłumaczeń. On chciał ślubu. Oświadczył mi się, co było też jedynie fikcją. Zniszczyłabym sobie życie. On zniszczyłby mi życie. Mam dosyć, tego jest zbyt dużo.
Nagle na korytarzu słychać podniesione głosy i zbliżające się kroki. Zamieram w bezruchu, patrząc w drzwi. Zaraz się otworzą i będziemy mieli przesrane. Oboje. Czuję jednak, że teraz jest mi wszystko obojętne. Co mogą mi zrobić? Wyrzucić z domu? Nawet chciałabym odejść. Niech mnie przyłapują. Bylebym już nie musiała widzieć Tomlinsona.
Niespodziewanie Harry łapie mnie w pasie i ciągnie gdzieś ze sobą. Nie wiem nawet kiedy znajdujemy się w szafie, nie mam jednak czasu o tym myśleć, bo w tym samym momencie drzwi gabinetu otwierają się na oścież. Przez szczelinę widzę Colina, jak zawsze w drogim garniturze. Później wchodzi kilku ochroniarzy, a na końcu... Louis.
Serce gwałtownie mi przyśpiesza, a moja dłoń odnajduje rękę Harry'ego. Splatam nasze palce.
- Wreszcie wróciłeś - mówi Tomlinson.
Ma na sobie dresy i białą koszulkę. Włosy ułożone w nieładzie. Dopiero co wstał z łóżka i wygląda zniewalająco. Czuję, że coś mnie ściska od środka. Przybieram bardziej plecami do klatki piersiowej Harry'ego, a na moich policzkach pojawiają się świeże łzy. Chłopak obejmuje mnie mocno w pasie.
- Sam prosiłeś, abym przyjechał parę dni po tobie.
Colin zajmuje swoje miejsce przy biurku, przez co mam na niego idealny widok. Louis podchodzi do niego i opiera ręce o blat.
- Co powiedziała Elizabeth?
Zamieram. Wytężam słuch najbardziej jak potrafię.
- To twoja decyzja. W Norwegii byłeś na tyle przekonujący, że pozwala ci zrobić, co uważasz za słuszne.
Louis kiwa głową.
Wzbiera się we mnie złość. On był w Norwegii z Colinem. Odwiedził moją matkę, a mi wcisnął bajeczkę o szukaniu idealnego pierścionka. Mam ochotę wyskoczyć z tej pieprzonej szafy i powiedzieć mu, co o nim myślę. Wygarnąć wszystko, co leży mi na sercu, a potem wyjechać. Daleko, nie oglądając się za siebie. Zapomnieć o Tomlinsonie, mojej matce i wszystkim, co się z nimi wiąże. Zacząć od początku, z nowymi ludźmi, którzy nie sprawią mi tyle bólu. Ściskam mocniej rękę Harry'ego. Takimi jak on.
Louis chyba chce już opuścić gabinet.
- Alexandra - głos Colina brzmi poważnie. - Nie może się o niczym dowiedzieć.
Louis patrzy na niego z kamiennym wyrazem twarzy.
- I się nie dowie.
To się chuju zdziwisz - myślę. Niech tylko Harry mnie puści.
- W porządku - mówi Colin, wzdychając - Jest już późno, trzeba udać się do swoich pokoi.
Wstaje od biurka i rozglądając się po pomieszczeniu, wychodzi. Reszta robi to samo, zostawiając nas samych w gabinecie. Czekamy chwile, upewniając się, że odeszli. Potem opuszczamy swoją kryjówkę. Harry nie puszcza mnie ani na moment, za co jestem mu bardzo wdzięczna. Nie wiem, czy dałabym sobie radę gdyby nie on. Dodawał mi sił.
Podnoszę na niego wzrok. W jego zielonych oczach widać troskę i ciepło. Wiem, że mogę na niego liczyć. Harry nigdy mnie nie zawiódł i tego nie zrobi. On był ze mną od początku.
I chcę, aby i teraz mnie nie opuszczał.
- Zostaniesz ze mną? - pytam tak cicho, że niemal szepczę - Nie chcę być sama.
Chłopak ściera nowe łzy płynące po mojej skórze.
- Oczywiście.





***
Zapraszam do obserwowania mojego opowiadania. Wtedy będziecie miały powiadomienie o nowym rozdziale :)
Pozdrawiam! 

sobota, 23 lipca 2016

Rozdział 7

Gdy tylko Meg dostrzegła, że przyjechała moja siostra, od razu zawołała wszystkich do jadalni i podała obiad. Mimo moich protestów zostałam zmuszona do siedzenia przy stole i słuchania głupot, które opowiadała moja siostra. Każdy na przemian jadł i śmiał się z kiepskich historyjek. Byłam równocześnie zdenerwowana i zażenowana.
- Alex ty nic nie jesz? - pyta Vicky - Jesteś chora? Zawsze jadłaś za trzech.
Silę się na sztuczny uśmiech.
- Straciłam apetyt.
Na twój widok, dokańczam w myślach. 
Vicky wzrusza ramionami i po chwili zaczyna opowiadać historię, gdy jako małe dziecko zrzuciłam jej mój tort urodzinowy na głowę, bo schowała mi ulubioną zabawkę. No cóż, należało jej się.
Denerwuje mnie to, że chłopcy są w nią zapatrzeni jak w obrazek. Vicky zawsze była tą ładniejszą siostrą. To ona odziedziczyła urodę po matce. Po za tym ona dużo bardziej o siebie dba niż ja. Czuję ukłucie zazdrości.
Oraz czyjeś palce wbijające mi się w udo.
Odwracam głowę do siedzącego obok Harry'ego. Puszcza mi oczko, chcąc chyba mnie pocieszyć. On jedyny w tym pomieszczeniu mnie rozumie. Jest wsparciem jakiego potrzebuję.
Chociaż jego miejsce powinien zajmować mój chłopak. Kątem oka widzę puste krzesło. Louis nadal się nie pojawił. Nie mam pojęcia gdzie się podziewa. Nie zostawił żadnej wiadomości, nie odbiera również telefonów. Martwię się o niego, a ten kretyn nie raczy się nawet odezwać. Mam tylko nadzieję, że jest cały i zdrowy. I że się niedługo pojawi. 
Wracam myślami na ziemię i znów skupiam się na Stylesie. Chłopak cały czas mi się przypatruje.
- Zaraz się stąd zmyjemy - zapewnił, a ja poczułam się jak dziecko, która zaraz ma dostać czekoladę.
I jak powiedział, tak zrobił. Mówi coś dyskretnie Meg, przez co ona najpierw robi się czerwona, a następnie wymownie na niego patrzy. Harry jedynie się śmieje obnażając białe zęby.
- Chodź - szepcze.
Wstaję od stołu i ruszam za chłopakiem.
- A wy gdzie? - odzywa się nagle Zayn.
- Mamy coś do załatwienia -  Harry wciąż się uśmiecha.
- Nie możesz tego zrobić sam? - pyta Vicky - Tak dawno nie widziałam się z Alex...
- Chłopcy dotrzymają ci towarzystwa - mówię przerywając jej głupie zagranie. To jest próba wzbudzenia poczucia winy zarówno we mnie jak i w Harrym. Widzę, że Vicky chce przejąć tu kontrolę. Owinąć sobie każdego wokół palca. Ja jednak na to nie pozwolę.
Wysyłam siostrze chłodne spojrzenie, po czym razem z Harrym opuszczam jadalnię. Kierujemy się do pokoju chłopaka. Idziemy w ciszy, cały czas odczuwam złość, więc wolę jej nie przerywać. Boję się, że mogłabym powiedzieć coś niemiłego Harry'emu.
Gdy dochodzimy do jego sypialni, czuję na sobie lustrujące spojrzenie ochroniarza. Niemal widzę jak w jego głowie rodzi się nowa plotka, nie mogąca doczekać się, aż się ją rozpuści. Czuję się zniesmaczona. To wstrętne, zachowują się jak paparazzi żerujący na nasze brudy. Nawet w domu muszę uważać na to, co robię.
Jestem tym wszystkim przytłoczona i porządnie zmęczona. Ktoś próbuje mnie zabić, moja wyrodna matka ma jakieś umowy z Colinem, który na dodatek przepadł gdzieś w Norwegii. Louis też nie wiadomo gdzie się znajduje i nie daje znaku życia. W domu ochroniarze traktują mnie jak żywą bohaterkę telenoweli, a na zewnątrz w gazetach jestem oczerniana przez rzekome bawienie się uczuciami Tomlinsona. Cały czas muszę użerać się z Liamem, który nie szczędzi sobie uszczypliwych uwag za każdym razem gdy mnie widzi. Nie opuszczają mnie ciągłe koszmary i poczucie winy, zwiększające się z każdym dniem. A żeby było jeszcze ciekawiej w sam środek tego wszystkiego wepchała się jeszcze moja siostra. Mam dosyć.
Wiem, że Harry widzi moje zmęczenie i stara się mi pomóc. Jestem jednak zła sama na siebie, bo on ma wystarczająco swoich problemów. Nie powinien zajmować się jeszcze moimi. Lecz z drugiej strony może pozwalam mu zapomnieć o Kate? Jeżeli pomaganie mi to pewnego rodzaju terapia? To też mi się nie podoba, bo prawdziwy przyjaciel powinien pomagać bezinteresownie.
Nie będę go oceniać, bo sama nie jestem lepsza. Gdyby Louis był w domu pewnie spędzałabym czas z nim, a nie z Stylesem.
Siadam na oparciu fotela i chowam twarz w dłoniach. Chcę przestać już o tym wszystkim myśleć, mam tego dosyć. Słyszę, że Harry do mnie podchodzi. Odsłaniam oczy i zastaję go kucającego przy moich kolanach. Na jego twarzy widzę wielką troskę.
- Nie przejmuj się nią.
Opowiadałam mu o tym jak Vicky wyrzuciła mnie z domu wczoraj, gdy nocowaliśmy w mojej sypialni. Wspomniałam też o mojej matce i o tym jak nas zostawiła. Nie mówiłam o gwałcie, ale gdy chcąc nie chcąc musiałam powiedzieć o Jamesie, Harry chyba sam się domyślił. On jednak zareagował na to wszystko inaczej niż Tomlinson. Nie było mowy o żadnej litości. Czuł smutek i pewnego rodzaju złość, ale nie litował się nade mną. I to cholernie mi się podobało.
- Staram się - szepczę.
Wzrok Harry'ego jest łagodny i pełen ciepła.
- Posłuchaj - chociaż nie wiem jak bardzo chciałabyś sobie to wmówić - Victoria nie przyjechała tu, aby znów cię zranić. Ona naprawdę próbuje naprawić swoje błędy.
I nagle cały czar pryska.
Kręcę głową.
- Nie rozumiesz - mówię bliska płaczu.
Harry jednak nie daje za wygraną.
- Staram się zrozumieć.
Powstrzymuje parsknięcie. Staranie się to za mało.
Jak mogłam się tak bardzo pomylić?
- Alex, spójrz na mnie - prosi, ściszając głos.
Celowo jeszcze bardziej odwracam głowę. Chcę się już stąd wynieść. Zaszyć w moim pokoju. W kącie, tym za szafą, aby nikt mnie nie widział. Pragnę chwili samotności. Gubię się we własnych myślach. Vicky zniszczyła mój porządek. Muszę wszystko poukładać od nowa.
Nagle czuję ciepłe palce Harry'ego na moich policzkach i po chwili patrzę już w jego zielone tęczówki.
- Wiesz co widzę? - pyta nie czekając na odpowiedź - Widzę niezwykle silną dziewczynę, którą spotykało w życiu zbyt wiele przykrości. Ona nie chce zaufać po raz drugi, bo boi się kolejnego zranienia. Widzę też, że bezustannie szuka wsparcia, lecz ciągle napotyka ludzi, nie potrafiących jej go udzielić. Jest bardzo zmęczona, ale mimo to się nie poddaje. Nie wiem jednak jak długo da jeszcze radę nosić w sobie ten ciężar.
Czuję na policzkach spływające łzy. Harry widząc to zamilkł na chwilę. Trafił w czuły punkt. Wyczytał wszystko jakbym była otwartą księgą. Myślałam, że lepiej kryję się z tym wszystkim. Miałam przynajmniej taką nadzieję. Harry jednak gwałtownie mnie jej pozbawił. Kogo ja chciałam oszukać? Wszyscy widzą, że sobie nie radzę. Nikt jednak nie miał na tyle odwagi, aby ze mną o tym porozmawiać.
To sprawia, że rozklejam się jeszcze bardziej. Harry nic nie mówi, tylko zamyka mnie w mocnym uścisku. Takim jakiego potrzebuje. Czuję jego ciepłe ramiona i wiem, że mogłabym tak stać w nieskończoność.

Po jakim czasie, gdy udaje mi się już uspokoić, siedzę z Harrym na łóżku. Nie chciałam na razie rozmawiać o tym co noszę w środku. Nie byłam na to gotowa, a Harry szanuje moje zdanie. Wiem jednak, że mogę do niego przyjść kiedy tylko będę tego potrzebować.
Zajmujemy się planowaniem włamania do gabinetu Colina. Chociaż włamanie to chyba zbyt mocne słowo.
- Dzisiaj nie damy rady tego zrobić. Po przyjeździe Victorii kręci się tu zbyt wiele ochroniarzy. Spróbujemy jutro rano. - Widzę skupienie na twarzy Stylesa. - Jeżeli sytuacja się powtórzy, pójdziemy po prostu w porze obiadu.
Kiwam głową. Ważne, abym w ogóle się tam dostała.
- A jeżeli Colin wróci?
 Harry wzrusza ramionami.
- Będziemy musieli wymyślić coś innego.
Znów kiwam głową.
- Chciałabym już się tam dostać i poznać prawdę - wyznaję.
Harry uśmiecha się pocieszająco.
- Obiecuję, że jutro będziesz trzymała te teczki w dłoniach.
W jego głosie jest coś, co sprawia, że mu wierzę. Jeżeli on tak mówi, to na pewno tak będzie.
Mam już dosyć poważnych tematów. Do mojej głowy przychodzi coś, na co już od dawna miałam ochotę.
- Harry? - Uśmiecham się łobuzersko. - Masz może jakiś alkohol?
 Chłopak patrzy na mnie chwilę lekko zaskoczony. Potem jednak śmieje się cicho.
- Dziewczyno, jesteś tak cholernie nieprzewidywalna. - Kręci z rozbawieniem głową. - Ale lepiej trafić nie mogłaś. Patrz na to.
Wstaje z łóżka i podchodzi do najdalszej, wysokiej szafki. Gdy ją otwiera, moim oczom ukazuje się rząd kolorowych butelek.
- To na co księżniczka ma ochotę?

Odkąd mieszkam u chłopaków wypiłam - co najwyżej - lampkę wina. Dlatego jak patrzę na te wszystkie puste butelki leżące obok łóżka, śmieję się głośno. Teraz wszystko wydaje się takie łatwe.
- Ja jestem jednak głupia - bełkoczę, chyba bardziej do siebie niż do Harry'ego - Powinnam już dawno wyjechać stąd w pizdu. Mielibyście święty spokój.
Harry kręci głową.
- Ale ja cię nigdzie nie puszczę!
Znów zaczynam się głośno śmiać.
- Nie mogłabym cię chyba zostawić Styles, za bardzo mi na tobie zależy.
Nie zwracam uwagi na to, co mówię. Tym bardziej nie zastanawiam się, czy to tylko bezsensowne gadanie czy prawda. Harry jednak bardziej się tym przejął.
- Zależy ci na mnie? - pyta, chwiejąc się lekko na nogach.
Wzruszam ramionami
- Nigdy nie spotkałam tak dobrego człowieka. - Podchodzę do niego chwiejnym krokiem i zarzucam mu ręce na szyję. - Jesteś moim najlepszym przyjacielem.
Czuję, że cały sztywnieje, ale nie odtrąca mnie od siebie. Mam to jednak gdzieś, chcę go tylko przytulać.
- A jeśli ja nie chcę być tylko przyjacielem?
Śmieję się i podnoszę głowę.
- Nie wygłupiaj się, jasne że chcesz.
Jego twarz jest niezwykle poważna, zupełnie jakby cały alkohol z niego wyparował, pozostawiając po sobie jedynie śmiałość.
- A jeżeli chcę czegoś więcej?
Przestaję się śmiać, jednak uśmiech pozostaje na mojej twarzy. Jestem tak zamroczona wypitymi trunkami, że niewiele rozumiem z zaistniałej sytuacji.
- Czyli? - pytam, czując ze zbliża się kolejny napad głupawki.
Harry kładzie rękę na moim policzku w bardzo podobny sposób jak wtedy w kuchni. Dotyk jego palców jakby sprowadza mnie na ziemię, przez co zaczynam rozumieć. Przestaję się śmiać i uśmiechać, oszołomiona tym, co się dzieje. Postanawiam jednak rozkoszować się tą chwilą. Zamykam oczy, oddając się Harry'emu. On jednak niespodziewanie zabiera rękę.
- Dlaczego ty tego nie chcesz? - szepcze.
Chyba chce już mnie puścić, gdy mówię.
- Nigdy nie pytałeś czy nie chcę.
Harry patrzy na mnie zdziwiony, a ja wykorzystuję moment i łączę nasze usta. Dopiero po chwili chłopak oddaje pocałunki. Początkowo delikatne, a potem coraz żywsze i bardziej namiętne. Jakby działo się właśnie coś, na co czekał od dawna i stara się rozkoszować każdą sekundą. Czuję niesamowite ciepło w środku. Rozchodzi się falami po całym ciele.
Nagle jednak Harry gwałtownie się ode mnie odsuwa. W sypialni słychać nasze przyspieszone oddechy. Chłopak skupia na mnie zielone tęczówki, zupełnie jakby uczył się mnie na pamięć. Delikatnie odgarnia mi włosy z czoła, po czym przykłada usta do mojego ucha. Miłe ciepło muska moją skórę.
- Całowanie pijanej dziewczyny się nie liczy - szepcze.
Stan upicia alkoholowego znowu do mnie wraca. Cała ta sytuacja wydaje mi się nagle niesamowicie komiczna. Zaczynam się głośno śmiać, opierając głowę o ramię Harry'ego.
Potem urywa mi się film.

Muzyka
Budzę się z strasznym bólem głowy, mając ochotę wymiotować. Jak to się stało, że tak bardzo się wstawiłam? Nie wypiłam przecież aż tak dużo. Z drugiej strony dawno nie spożywałam alkoholu. Dlatego mój organizm tak zareagował. Wszystko jedno, czuję się fatalnie. I marzę o szklance wody.
Podnoszę się powoli, mając wrażenie, że żołądek podchodzi mi do gardła. Nagle zastygam w bezruchu. To nie jest pokój Harry'ego. Ani mój.
Tylko Louisa.
I wtedy go dostrzegam. Siedzi w fotelu naprzeciw łóżka. Musiał go sobie tam przysunąć, bo jestem pewna, że stał w innym miejscu. Ale tu nie fotel jest ważny. Widzę Tomlinsona. Wściekłego.
- Coś ty sobie myślała? - pyta, starając się tłumić złość - Jak mogłaś się doprowadzić do takiego stanu?
Patrzę na niego jak na skończonego debila. Nie dam mu wmówić, że w tym pokoju, to mnie można o coś obwiniać. O nie.
- Ja mam się tłumaczyć? To ty zniknąłeś bez śladu na dwa dni!
Dopiero teraz czuję, jaki tłumiłam w sobie gniew, gdy go nie było. Albo inaczej. To strach o ukochanego zepchnął złość na drugi plan. Teraz jednak widzę, że Louis jest cały i zdrowy. Mało tego. Robi mi wyrzuty.
- Chyba za bardzo nie tęskniłaś!
Podnosi zarówno głos jak i siebie z fotela. Targają nim takie nerwy, że musi zerwać się na równe nogi. Czuję, że ja też długo nie usiedzę.
- Chyba sobie kpisz - syczę - Pisałam, dzwoniłam, ale ty nic! Martwiłam się! Bałam, że coś ci się stało!
Jego wyraz twarzy się nie zmienia. Nadal jest zły jak osa.
- Mhm. Widziałem jak się martwiłaś w objęciach Harry'ego.
Zastygam zaskoczona.
- O czym ty mówisz?
Widzę jego spojrzenie, pełne rozczarowania. Po chwili słyszę jeszcze głośne prychnięcie.
- Ty nawet nie pamiętasz, co się z tobą działo - mówi z niesmakiem.
Wstaję z łóżka wzburzona.
- Czyli ja nie mogę się upić, ale gdy ty to robisz jest wszystko w porządku? Co za hipokryzja.
- Mnie nie próbują zabić - mówi przez zaciśnięte zęby - A ty wystawiasz im się jak na złotej tacy.
Wtedy dociera do mnie, że może mieć rację. Nie mam pojęcia, co się ze mną wczoraj działo. Równie dobrze mogłam się obudzić w jakiejś melinie z nożem przy gardle. Pijana dziewczyna równa się bezbronnej dziewczynie.
Nawet fakt, że dom jest teraz mrowiskiem ochroniarzy nie przywraca mi spokoju. Już raz ich przechytrzono.
Louis widząc, że milczę kontynuuje.
- Gdy przyjechałem zastałem cię klejącą się do Stylesa. Nie takiego przywitania się spodziewałem.
Mrugam zaskoczona. Więc o to ta cała awantura?
- No i? Byłam pijana. Z resztą, co jest złego w przytulaniu?
I wtedy w mojej głowie zwalnia się blokada. Przypominają mi się miłe usta Harry'ego zatopione w moich wargach. Iskierki tańczące w zielonych tęczówkach chłopaka. Piękny uśmiech. Pamiętam pocałunek oraz słowa jakie wypowiedział. Czuję zarówno ciepło rozchodzące się po moim ciele, jak i wyrzuty sumienia.
Dopiero teraz podnoszę głowę, aby jeszcze coś powiedzieć Louisowi. Głos grzęźnie mi w gardle. Chłopak patrzy na mnie z taką furią, że mam ochotę się schować.
- Co w tym złego?! - Jego krzyk nosi się po pokoju. - To, że tuliłaś się do Harry'ego! On nie może cię dotykać! Nie chcę, żeby to robił! Jesteś moją dziewczyną. Tylko moją! Nikt inny nie ma prawa cię tknąć. Należysz do mnie.
Patrzę na niego oniemiała. Chłopak dyszy głośno, wciąż groźnie na mnie łypiąc. Dopiero po dłuższej chwili udaje mi się coś wykrztusić.
- Nie jestem rzeczą, żeby przypisywać mi właściciela.
Louis kręci głową.
- Wiem, Aly. Po prostu... szlag mnie jasny trafia, gdy widzę go przy tobie. Wkurwia mnie to, że dogadujesz się z tym śmieciem lepiej niż ze mną. Gdy masz problem, pierwsza osoba do której idziesz to on. Nie ja. Tylko on.
Przerywam mu.
- Harry jest moim przyjacielem.
- Nie wydaje mi się, żeby z jego strony to była tylko przyjaźń.
Ignoruję jego głupią uwagę. Czuję, że znów napełnia mnie złość.
- Jesteś zazdrosny? - pytam, lecz nie daje mu dojść do głosu - Ty? Przecież ja nigdy nie dałam ci powodów do zazdrości.
Orientuję się, że w moim głosie słychać było ogromny wyrzut. To oburza Louisa.
- A ja niby ci daję?
- A nie?
- No nie przypominam sobie!
Wiążę ręce na piersiach.
- Więc gdzie byłeś?
- Nie zmieniaj tematu!
- A może powinnam zapytać z kim byłeś?
- Nie rozumiem.
- Tracy Morrel? A może z jakąś inną dziewczyną?
- Zwariowałaś - stwierdził.
Czuję pieczenie pod powiekami. Chyba ma rację - wariuję. Inaczej tego nie można wyjaśnić.
- Po prosty chce zrozumieć, czego mi brakuje - mówię cicho. Samotna łza spływa mi na policzek. Louis to widzi i od razu do mnie podchodzi. Chce złapać moją twarz w dłonie i zetrzeć ją jednym delikatnym ruchem, sprawiając tym samym, że motyle w moim brzuchu znów będą próbowały się uwolnić. Wiem, że chce. Lecz ja mu na to nie pozwalam, robiąc krok do tyłu.
Zabolało go to.
- Niczego ci nie brakuje - mówi - Jesteś idealna.
Czuję kolejne łzy. Nie potrafię ich powstrzymać.
- Może chodzi o gwałt? Nie wiążesz ze mną przyszłości, bo się mnie brzydzisz.
Jego oczy szerzej się otwierają. Nie dziwię się, sama jestem zdziwiona tym, co wygaduję. Nie cofnę jednak moich słów. Muszę sobie z Louisem wszystko wyjaśnić. Nie zniosę więcej niedopowiedzeń.
- Aly, ty jesteś moją przyszłością. Jak mógłbym się ciebie brzydzić?
Teraz już rozpłakałam się na dobre. Nie protestuje, gdy przyciska mnie do piersi. Oboje tego potrzebujemy. Rozmowa jest jednak nadal nie skończona.
- Ale nie chcesz mieć ze mną dziecka.
Chłopak podnosi głowę, aby na mnie spojrzeć. Jest zaskoczony.
- Co?
- Widziałam ulgę na twojej twarzy, gdy ci powiedziałam, że na pewno nie jestem w ciąży - mówię lekko zażenowana - Cieszyłeś się.
Chłopak potrzebuje chwili, aby zrozumieć mój roztrzęsiony od płaczu głos. Gdy jednak dochodzi do niego sens moich słów, kręci głową i mocniej mnie do siebie przyciska.
- Alex to nie tak. Gdybyśmy mieli zostać rodzicami, byłbym najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. Kochałbym tego maluszka i starał się wychować na wspaniałego człowieka. Chcę mieć z tobą dziecko, bardzo chcę. - Jeździ kciukiem po linii moich ust. - Ale jeszcze nie teraz. Zróbmy to w odpowiedniej kolejności. Najpierw ślub.
Zadrżałam na dźwięk tego słowa. Wizja welonu i białej sukni wydaje mi się bardzo odległa. Jednak Louis powiedział to w taki sposób, jakby miał już wszystko zaplanowane. Czy ja jestem gotowa na tak poważny krok, jakim jest ślub? Albo raczej czy Louis jest na to przygotowany. Myślę o jego zniknięciu. Nie dawał znaku życia, miał gdzieś moje uczucia. Teraz nie chce mi nawet powiedzieć, gdzie przebywał.
Nie, on nie jest gotowy na małżeństwo.
- Gdzie byłeś? - pytam cicho.
- Czy to takie ważne?
Kiwam głową.
Obiecaliśmy sobie, że nie będziemy mieli przed sobą żadnych tajemnic. Louis łamie tą przysięgę, więc czy mogę mu ufać? A przecież zaufanie to podstawa związku.
- Ty naprawdę myślisz, że cię zdradzam? - pyta, a w jego głosie kryje się smutek.
Wzruszam ramionami.
- Dla ciebie przecież to nic nowego, już to robiłeś.
Nie wierzę, że to powiedziałam. Dlaczego jestem dla niego tak podła? Wiem przecież, jak się obwinia za noc z Mayą. Z resztą był wtedy dzieciakiem. A ja zapewniałam, że nie mam o to do niego żalu.
Teraz widzę jego szerzej otworzone oczy, przepełnione bólem. Żałuję tego, co powiedziałam. Powinnam trzymać język za zębami. Louis wypuszcza mnie z objęć. Czuję, że rośnie między nami ściana, którą trudno będzie rozbić. Zraniłam go. I to mocno.
Chłopak szuka czegoś po kieszeniach i po chwili wyjmuje małe, czerwone pudełeczko.
- Byłem w Stanach. Pojechałem po to. - Podniósł rękę wyżej. - Kiedyś obiecałem ci, że będzie najpiękniejszy jaki uda mi się znaleźć. Dotrzymałem słowa. Nie wiem tylko, czy jeszcze się przyda.
Wręcza mi pudełko. Znów przybiera maskę obojętności, jak w pierwszych tygodniach mojego pobytu w tym domu. Chce ukryć ból, jaki mu zadałam. Zdradza się jednak, gdy ostatni raz na mnie patrzy. Oczy nigdy nie kłamią, a w jego widzę wszystko.
Po chwili już go nie ma. Zostaję sama w pokoju z czerwonym pudełeczkiem w ręce. Domyślam się co to jest. Łzy znowu napływają mi do oczu, gdy zaciskam na nim palce, aby otworzyć wieko.
Pierścionek zaręczynowy. Najpiękniejszy jaki kiedykolwiek widziałam.



***
Nie przewidziałam, że po powrocie do Polski zastanę zepsutego laptopa. To jest główną przyczyną opóźnienia się rozdziału. Z następnym postaram się szybciej uwinąć.
Pozdrawiam!  

poniedziałek, 11 lipca 2016

Rozdział 6

Po wybuchu bomby Colin przydzielił mi sypialnie w tym samym skrzydle. Jeszcze w nim nie spałam, bo cały czas nocuje u Louisa. Nie wiem czy dałabym radę zasnąć bez jego ciepłych ramion. Dlatego mam nadzieję, że szybko załatwię sprawę z Harrym i będę mogła wrócić do Tomlinsona.
Usiadłam na kanapie rozglądając się po wnętrzu pokoju. Był mniejszy od mojej poprzedniej sypialni i nie miał piętra. Za to urzekł mnie sposobem, w jaki został urządzony. Ściany były pokryte farbą o różnych odcieniach fioletu, podłoga wyłożona brudnobiałym drewnem. Jasne grube meble dodawały mu nowoczesności. Pod jednym z wysokich okien stał szklany stolik i dwa turkusowe fotele. Trochę dalej znajdowała się ogromna szafa z pięknymi wzorami wyrytymi w drewnie. Po drugiej stronie stało dwuosobowe łóżko z cienkim, prześwitującym baldachimem. Na podłoże leżał puszysty dywan a trochę dalej chodnik przypominający skórę barana. Mam nadzieję, że to sztuczne. Nad moją głową wisiał nie za duży kryształowy żyrandol, który pięknie oświetlał wnętrze. Jestem pewna, że tą sypialnie urządzała kobieta.
Spojrzałam na zegarek.
23:50
Warty zmieniały się pięć minut przed północą. Lada chwila powinien pojawić się tu Styles. Przypomniałam sobie powagę w jego zielonych oczach gdy mówił, że w tym domu dzieje się coś dziwnego. Potem uśmiech, gdy nazwałam go detektywem, bo odkrył coś nowego. Mam nadzieję, że teraz też uda mi się go wywołać.
Harry jest wspaniałym człowiekiem. Dlatego nie mogę znieść myśli, że cierpi przez niepotrafiącą go docenić kretynkę. Nigdy nie poznałam Kate i w zasadzie nie powinnam jej oceniać. Wiem jednak, że ona nie zasługiwała na Harry'ego. Jest dla niej za dobry.
Zastanawiam się czy Styles znajdzie kiedykolwiek kobietę, która zrozumie jaki skarb posiada. Sama myśl o tym, że miałby zostać sam do śmierci mnie przeraża. Po prostu nie on.
Moje przemyślenia przerywa ciche trzaśnięcie drzwiami. Odwracam się i widzę Stylesa. Ma na sobie ciemne dżinsy i czarny T-shirt. Jego włosy opadały na ramiona. Uśmiech sam pojawił się na mojej twarzy.
- Dobrze, że jesteś - wychrypiał - Bałem się, że mnie wystawisz.
- Ciebie nigdy - zapewniłam naprawdę szczerze. W jego oczach znów zobaczyłam iskierki radości. Brakowało mi ich przez ostatni czas.
- Co miałeś mi powiedzieć? - zapytałam, chcąc przerwać ciszę.
Iskierki gwałtownie zgasły. Harry dosłownie przez ułamek sekundy wyglądał na zmieszanego, zupełnie jakby wyrwała go z jakiejś mocno osobistej refleksji. Po chwili jednak usiadł obok mnie z poważną miną.
- To co ci teraz powiem musi pozostać ścisłą tajemnicą. Moją i twoją, rozumiesz?
Naszą. Podobało mi się to. Po tylu dniach milczenia znów mamy coś wspólnego.
Kiwam głową.
- Może najlepiej będzie jeśli powiem ci to wprost - westchnął - Uważam, że Colin jest jedynie marionetką w rękach kogoś o wiele ważniejszego.
Patrzę na niego dłuższą chwilę, próbując przyswoić jego słowa.
On kontynuuje.
- Przypadkiem natknąłem się na bardzo dziwne dokumenty. Niewiele zdążyłem przeczytać, ale wszystko wskazuje na to, że nad nim ktoś jest. Zacząłem dalej węszyć i dzięki pomocy Tobiasa wiem gdzie Colin aktualnie się znajduje.
- To znaczy?
Harry uśmiechnął się lekko, najwidoczniej dumny, że udało mu się uzyskać takie informacje.
- Norwegia - zrobił chwilę przerwy - A dokładnej zimowa rezydencja hrabiego Leonarda DaBell'a.
Zmarszczyłam brwi.
- A kto to?
- Nie mam pojęcia, ale po umowach jakie zawierali jestem pewien, że to ktoś mocno nadziany i wpływowy.
Kiwam głową ze zrozumieniem. Chociaż właściwie nie może to jeszcze do mnie dotrzeć, to mu wierzę. To w zasadzie ma sens.
Nasuwa mi się jednak jedno pytanie.
- Ale od trzech lat niczego dziwnego nie zauważyliście? Czegoś co by wskazywało, że nie podejmuje samodzielnych decyzji?
Harry kręci głową.
- Wczesniej mieliśmy innego opiekuna, Colin przejął nas rok temu - przez chwilę jednak wyglądał jakby się nad czymś zastanawiał - To była bardzo szybka i bezpodstawna zmiana. Zazwyczaj zmienia się opiekuna na życzenie zespołu, ale my byliśmy bardzo zadowoleni. Pewnego dnia po prostu pojawił się Colin, poprzedni opiekun zrezygnował a my musieliśmy to wszystko zaakceptować.
- Colin jest chyba dobry w tym co robi.
- Bardzo dobry - w głosie Harry'ego słychać było sympatie - To dzięki niemu tyle osiągnęliśmy.
Od razu widać, że chłopaki lubią i szanują swojego opiekuna. Ja też uważam go za dobrego człowieka.
- Harry - zaczęłam przyciągając uwagę zielonych tęczówek - Tylko po to wkradłeś mi się w środku nocy do pokoju?
Z przezarażeniem zrozumiałam jak to zabrzmiało. Jakbym liczyła na coś więcej. Na samą myśl czuję się zawstydzona.
Przeraża mnie, że z drugiej strony nie żałuję moich słów. Właściwie to się cieszę, że je wypowiedziałam.
Harry jednak nie wyczuł podtekstu. Właściwie wyglądał na zmieszanego.
- To nie jest wszystko - mówi w końcu.
Widzę jego niepewność. Zdecydowanie to do niego nie pasuje. Wolę wesołego, trochę szarmanckiego i pewnego siebie Stylesa.
- Powiedz mi - proszę.
Przez chwilę trwa cisza, którą niechętnie przerywa Harry.
- Gdy przeglądałem te dokumenty... To może być oczywiście przypadek, ale myślę, że lepiej żebyś się dowiedziała.
- Zaczynam się bać - mówię z uśmiechem, chcąc trochę rozładować sytuację. Harry jednak pozostaje poważny.
- Parę podpisów należało do Elizabeth Collins.
Patrzę na niego jak na idiotę. Niby w jaki sposób moja matka ma zawierać jakieś umowy z Colinem? To absurd. Ona odeszła do jakiegoś mężczyzny w Stanach. Z resztą nigdy nie miała głowy do biznesu.
Z drugiej strony Harry by mnie nie okłamał i nie powiedział o tym, gdyby tego dokładnie nie sprawdził. Mimo to pytam.
- Jesteś pewien, że to moja matka?
- Nie, razem z Tobiasem próbowaliśmy ustalić gdzie aktualnie przebywa, żeby dowiedzieć się czegoś więcej. Wszystkie tropy się jednak urywają.
Kiwam głową próbując uporządkować myśli. Nie spodziewałam się, że jeszcze kiedykolwiek usłyszę o tej kobiecie. Po jej odejściu w zasadzie miałam taką nadzieję. Nigdy nie wybaczę jej tego, co zrobiła.
Muszę jednak dowiedzieć się czy to ona ma jakieś tajne układy z Colinem. Nawet jeśli to mało prawdopodobne. A jest na to tylko jeden sposób.
- Muszę zobaczyć te dokumenty - oświadczam.
Harry kiwa głową zupełnie jakby się tego spodziewał.
- Jutro pójdziemy do gabinetu Colina.
- Jak chcesz ominąć ochronę?
 Problem nie polega na tym, że nas nie wpuszczą. Weszlibyśmy pewnie bez większych trudności. Chodzi o to żeby żaden nas nie zauważył. W innym razie momentalnie dowie się o wszystkim Holly, a następnie Colin. Wtedy możemy zapomnieć, że czegokolwiek się dowiemy.
- Coś wymyślę - zapewnił, po czym dodał - Jeżeli chcesz wtajemniczyć we wszystko Louisa, to nie ma sprawy.
- Nie - mówię od razu i chyba zbyt gwałtownie, bo Harry patrzy na mnie lekko zaskoczony - Nie chcę go w to mieszać. To nasza sprawa.
Jako dobra dziewczyna powinnam o tym powiedzieć swojemu chłopakowi. Wiem jednak jakby to wyglądało. Wszystko musiałoby być po jego myśli, aby nic mi się nie stało. Chciałby sam załatwić całość. A na włamanie do gabinetu zdecydowanie by się nie zgodził, żebym nie narobiła sobie kłopotów. Dopiero po strzelaninie w Paryżu stał się tak nadopiekuńczy. Najchętniej nie pozwalałby mi nawet robić kanapek, żebym nie skaleczyła się nożem. Zaczynało mnie to wkurzać.
Harry wzrusza ramionami.
- W porządku.
Później atmosfera zmieniła się diametralnie. Nie było już śladu po napięciu w powietrzu. Zdecydowaliśmy z Harrym, że lepiej będzie jeżeli zostanie do rana, co poskutkowało tym, że pół nocy przegadaliśmy. Widać było, że ze Stylesem było coraz lepiej. Powoli zbierał się po Kate. Znów żartował, przez co momentami śmieliśmy się tak głośno, że obawiałam się, aby któryś z ochroniarzy nie wparował nam go pokoju sprawdzić co się dzieje. Na szczęście nic takiego nie miało miejsca. Nad ranem postanowiliśmy obejrzeć film. Nie wiem nawet kiedy zasnęłam Harry'emu na ramieniu.
To była pierwsza noc, gdy nie miałam koszmarów.

Gdy rano się przebudziłam Harry'ego już nie było. Nie kryłam uśmiechu na twarzy, gdy zobaczyłam jasny koc na swoim ciele. Miło z jego strony.
Wzięłam szybki prysznic, chcąc się rozbudzić. Potem założyłam świeże ubrania i zeszłam na śniadanie, gdzie poinformowano mnie, że Louis zniknął. Nikt nie wie, gdzie się podziewa. Będzie chciał, to się znajdzie - myślę. Wracam do swojego pokoju i postanawiam wykorzystać chwilę, by zadzwonić do Driny i dowiedzieć się co u niej.
- Wszystko w porządku - przyznała i chociaż jej nie widziałam, byłam pewna, że się uśmiecha - Maluszek chyba wybiera się na euro we Francji, cały czas trenuje.
Śmieję się cicho.
- Musi przecież być w szczytowej formie.
- Szkoda tylko, że skopie przy tym swoją matkę na amen - westchnęła - Opowiadaj lepiej jak z Louisem.
Zapewniam, że wszystko jest dobrze. Mamy bardzo dobry okres w związku. Dawno tak dobrze się nie dogadywaliśmy.
- Nawet nie wiesz jak mnie to cieszy.
- A Jack jak się czuje?
Drina wzdycha.
- Jest lepiej. Jeździ na rehabilitację i jakoś daje radę, Tom bardzo nam pomaga, często nas odwiedza.
Trochę mnie to uspokaja, lecz nie zagłusza wyrzutów sumienia. To ja powinnam przy nich być w tych trudnych chwilach. A ochroniarze nie wypuszczą mnie z willi chłopaków, bo mogę przypominać ser szwajcarski.
- To super - mówię w końcu.
- Mam nadzieję, że ty również niedługo wpadniesz!
Teraz to już poczucie winy zżerało mnie od środka.
- Oczywiście - mówię i dodaję chcąc zmienić temat - Muszę zobaczyć twój brzuszek, nie wiesz nawet jak zazdroszczę wam tego maluszka!
Słyszę śmiech blondynki.
- Zawsze możecie z Louisem sami sobie takiego zmajstrować.
Poczułam się jakbym dostała w twarz.
Nie, nie możemy. Louis nie chce mieć ze mną dziecka. Znów widzę w pamięci jego pogrążoną w uldze twarz. Czuję pieczenie pod powiekami.
- Tak, możemy - mówię, a głos mi lekko drży. Na szczęście Drina niczego nie usłyszała.

Siedzę w salonie przeskakując leniwie z kanału na kanał. Czuję na sobie wzrok ochroniarzy stojących przy drzwiach. Właściwie w prawie każdym pomieszczeniu znajduje się co najmniej dwójka. Colin nie dopuści aby ktokolwiek znów dostał się do domu.
Wiem jednak, że patrzą z innego powodu. Harry wyznał mi, że w siedzibie ochrony jesteśmy głównym tematem rozmów. Traktują nas jak bohaterów z serialu telewizyjnego. Spekulują, obmawiają, wymieniają się plotkami. A gdy tu przyszłam miałam zaczerwienione od płaczu oczy. Będą mieli nowy temat do rozmów.
Może i by mnie to śmieszyło. Gdyby nie Noe fakt, że zginął człowiek.
Znów przypominam sobie ciało tamtego ochroniarza. Miał na imię Miles. Może zostawił gdzieś żonę i dzieci, które tęskniąc czekały na powrót taty. Mam ochotę znów się rozpłakać, gdy pomyślę, że nigdy więcej go nie zobaczą. I to przeze mnie.
Potem znów myślę o Louisie. Plama krwi powiększająca się gwałtownie na jego jasnej koszulce. I ten przerażający spokój w jego oczach. Jakby wiedział, że to już koniec i przyjmował to do wiadomości. Na samą myśl, że mógłby wtedy odejść na zawsze, czuję niesamowity ból. Nie wyobrażam sobie życia bez Louisa. Nie mogę go stracić.
- Oh, Alex - do pomieszczenia weszła nagle Holly - Wszędzie cię szukałam.
Uśmiecham się lekko do blondynki.
- I znalazłaś. Coś się stało?
Teraz to ona się uśmiecha.
- Mamy gościa - mówi jedynie, po czym zaprasza kogoś gestem dłoni.
Wchodzi pewnym krokiem. Wygląda ślicznie, jak zawsze, chociaż pod jej oczami widać cienie, co świadczy o zmęczeniu. Ona również się uśmiecha i to, o dziwo, szczerze.
- To niespodzianka zorganizowana przez Colina. Kazał cię serdecznie pozdrowić.
Zastanawiam się czy Holly mówi tak na serio. Może to tylko sen. Kolejny koszmar.
Nie mogę się jednak oszukiwać. Po prostu los znowu ze mnie zadrwił. I przysłał tutaj moją siostrę.
- Nawet nie wiesz jak się cieszę, że cię znów widzę! - zawołała Vicky.
Tylko jej mi tutaj brakowało.


***
Żeby pisać trzeba mieć wenę. A ja znalazłam ją dopiero przedwczoraj gdy przyjechałam na wakacje do Chorwacji. Mam nadzieję, że uda mi się w tym czasie jak najwięcej napisać.
Buźka, Rouse xoxo





piątek, 24 czerwca 2016

Rozdział 5

Nigdy się nie spodziewałam, że czyjś ryj może mnie tak wkurzyć.
Patrząc na Tracy Morell mam ochotę ją zamordować. Teraz, gołymi rękami. Swoim złośliwym uśmieszkiem jeszcze dolewa oliwy do ognia. Tak samo uśmiechała się wtedy w kuchni, kiedy ona i Louis... Nienawidzę tej suki.
- Och, kochanie - słyszę jej piskliwy głos i krew mnie zalewa - Masz tyle pieniędzy i naprawdę nie mogłeś kupić tej dziewczynie czegoś ładnego? Wygląda jak szkarada.
Zabije ją.
Może nie tyle za to, że nazwała mnie szkaradą, jak za zwracanie się do Louisa kochanie. On jest moim chłopakiem, a ta dziewczyna chyba nie może tego zrozumieć. Już chcę do niej ruszyć i wszystko jej dokładnie wytłumaczyć, kiedy czuję silne ramiona Tomlinsona. Trzyma mnie mocno, bym nie zrobiła nic głupiego.
Patrze na niego spode łba.
- Naprawdę musicie ją wytresować. Jest bardzo... niewyżyta - na twarzy Tracy maluje się grymas.
Poczułam, że Louis napina mięśnie. Również jest zdenerwowany.
- Czego chcesz? - warknął.
Widzę, że dziewczyna jest urażona jego niemiłym tonem. Kompletnie mi jej nie żal.
- Muszę pilnie porozmawiać z Colinem Ralphy'm.
Już chcę jej powiedzieć, żeby się wypchała, jednak Tomlinson jest szybszy.
- Colina nie ma.
- Z chęcią zaczekam.
- I nie wiemy kiedy wróci.
- Tym lepiej, niech wasza gosposia przygotuje jakieś dietetyczne przekąski. Już dawno powinna to zaproponować - mówiąc to spojrzała z pogardą na czerwoną z wściekłości Meg - Naprawdę musicie uważać kogo zatrudniacie.
Louis puścił moje ręce i podszedł szybko do Tracy. Teraz to ja się przestraszyłam. Wiem, że Louis nigdy nie uderzyłby kobiety, ale z tej Morrel jest taka suka, że nie wiem czego się spodziewać. Idę więc za nim, będąc gotową na ochronę dziewczyny.
Louis jednak gwałtownie staje i nachyla się nad dziewczyną,
- Nigdy więcej nie krytykuj Alex, Meg ani nikogo innego w tym domu. Nie mam pojęcia co chcesz od Colina i szczerze mówiąc mam to w dupie. Masz w tej chwili opuścić to miejsce, bo inaczej wyprowadzi cię ochrona. Rozumiesz?
Tracy uśmiechnęła się w niewiadomy sposób.
- Jesteś słodki - przyznała. Nagle ujęła twarz Louisa w sposób jakby próbowała go pocałować. Chłopak szybko się uwolnił, ale i tak widać było zaskoczenie na jego twarzy. Na mojej również.
- Czy tobie oprócz tłuszczu odessali też resztki mózgu? - usłyszałam nagle.
Spojrzałam na Harry'ego, który też najwidoczniej miał dosyć Tracy. Zapomniałam całkowicie o jego obecności.
Tracy była widocznie oburzona.
- Bardzo śmieszne. Zajmij się lepiej swoimi sprawami. Na przykład Kate pieprzącą się z każdym po kolei.
Harry zbladł. Chyba chciał coś powiedzieć, lecz zabrakło mu słów. Wyglądał jakby słowa Tracy odnowiły dopiero co zasklepione rany. Kate go zdradzała? Dlaczego Harry nic mi nie powiedział, tylko dusił to w sobie? Louis też wygląda na zaskoczonego i jakby oczekuje, że Styles zacznie zaprzeczać. Jednak nic takiego nie ma miejsca. Czyli to prawda.
Mam ochotę przytulić Harry'ego i zapewnić, że wszystko będzie dobrze. Kiedy napotykam jego zbolały wzrok, nie wytrzymuję i idę do niego, jednak ten kręci głową i omijając mnie, wychodzi z pomieszczenia. Odprowadzam go wzrokiem.
- Wynoś się stąd Tracy - powiedziałam cicho, czując pieczenie pod powiekami.
- Żadna prostaczka twojego pokroju nie będzie mi mówiła, co mam robić!
- Ochrona! - głos Louisa był twardy. Po jego twarzy widziałam, że on również myśli o Harrym. Oboje chcemy być teraz przy przyjacielu.
Do pomieszczeni wchodzi dwóch umięśnionych mężczyzn w ciemnych strojach. Na ich widok Tracy podnosi się gwałtownie.
- To co mam do powiedzenia, dotyczy również ciebie Louis.
- Mam to w dupie Morrel - spojrzał na strażników - Proszę ją wyprowadzić.
Mężczyźni pokiwali głowami i ruszyli do dziewczyny.
- Sama wyjdę - wyprzedziła - A ty - wskazała na mnie - Nie przyzwyczajaj się do tego miejsca.
Po chwili wyszła z eskortą ochroniarzy.
Przez moment zastanawiam się co miała na myśli. Szybko jednak przestaje zaprzątać sobie tym głowę. To wariatka, nie ma co się nią przejmować. Przypominam sobie za to o Harrym. Jego zielonych oczach w których kryła się rozpacz.
- Chodźmy do niego - mówię do mojego chłopaka.
Louis patrzy na mnie dłuższą chwilę.
- Nie - odzywa się w końcu - On teraz musi być sam.
- Ale...
- Przyjdzie, kiedy będzie chciał rozmawiać - zapewnił, uśmiechając się lekko - Faceci inaczej znoszą takie rzeczy niż kobiety.
Chcę się z nim kłócić, ale potem odpuszczam. Louis zdecydowanie zna się lepiej na logice mężczyzn niż ja. Ostatecznie więc kiwam głową.
Brunet obejmuje mnie w talii i przyciąga do siebie. Składa długi pocałunek na moim czole.

Muzyka
Przez kilka następnych dni nie dzieje się nic szczególnego. Colin gdzieś zniknął, nikt nie wie gdzie się podziewa. Podejrzewamy, że załatwia jakieś ważne sprawy i dlatego nie daje znaku życia. I chociaż chłopaki mówili, że już nie raz tak znikał, to z każdym dniem jestem coraz bardziej zaniepokojona.
Odgarnęłam włosy z czoła i nachyleniłam się nad kartką. Przyjrzałam się szkicowi, który przed chwilą narysowałam i nie mogłam powstrzymać uśmiechu. Znów rysowałam. I na dodatek podobało mi się to co stworzyłam, co zdarzało się bardzo rzadko.
Dzisiaj rano pierwsze co zrobiłam to wyciągnęłam kartkę i zaczęłam szkicować. Nawet się nie ubrałam,więc nadal siedzę w bieliźnie. Kosmyki włosów wypadają mi z luźnego koka. Zupełnie jednak na to nie zważam, cała pogrążona w rysowaniu.
- Tutaj jesteś - usłyszałam dobrze znany mi głos - Śniadanie gotowe, Meg woła wszystkich na dół.
Podniosłam wzrok na swojego chłopaka. Nie miał na sobie koszulki, przez co mogłam oglądać pięknie wyrzeźbione mięśnie. Z trudem powstrzymałam się, aby nie przejechać po nich palcami.
- No to chodźmy - uśmiechnęłam się i wstałam. Wzrok Louisa padła na moje nagie ciało. Lustrował je całe, od dołu do góry. Zatrzymał się na moich niezbyt dużych piersiach uwięzionych w czerwonym staniku. Przygryzł wargę, przez co z trudem powstrzymałam śmiech. Spojrzał mi w oczy, zobaczyłam zarówno zachwyt jak i pożądanie. Już wiem na co on ma ochotę. Pokręciłam głową.
- Idziemy na dół - powiedziałam, po czym wzięłam z krzesła jedną z bluzek Louisa. Chciałam ją na siebie włożyć, lecz została mi ona wyrwana z ręki, a sama nie wiem kiedy wylądowałam na łóżku. Tomlinson znajdował się na mnie i zaczął składać lekkie pocałunki na szyi i obojczyku. Czułam przyjemne ciepło i coś w rodzaju łaskotek. Bardzo mi się podobało.
- Louis... - głośne jęknięcie wyrwało mi się z ust - Musimy zejść na śniadanie.
Chłopak oderwał się od mojej szyi i przeszył mnie swoimi szaro-niebieskimi tęczówkami.
- Nie musimy - zaprzeczył z łobuzerskim uśmiechem.
W porządku, stwierdziłam w myślach, wcale nie byłam głodna.
Przyłożyłam rękę do nagiego ciała Louisa, penetrując każdy jego skrawek. On w tym czasie pozbył się mojego stanika i rzucił go gdzieś na podłogę. Leżałam więc przed nim w samych majtkach i wcale nie odczuwałam skrępowania. Wręcz przeciwnie - chciałam przejąć inicjatywę. Szybkim ruchem przewróciłam Louisa na plecy i usiadłam na nim w rozkroku. Był lekko zdziwiony, ale po chwili uśmiechnął się szeroko pozwalając abym kontynuowała. Przyłożyłam usta to jego ust łącząc je w początkowo delikatnym a później mocno namiętnym i pełnym pożądania pocałunku. Wplątałam ręce w jego brązowe włosy, cały czas - niby przypadkiem - poruszając tyłkiem i drażniąc tym samym krocze Louisa. Jego dłonie zajęły się moimi piersiami. Oboje coraz ciężej oddychaliśmy. Zeszłam pocałunkami niżej, po jego szczęce, szyi, ramionach do klatki piersiowej. Tam się dłużej zatrzymałam pieszcząc jego sutki. Moja ręka powędrowała do jego spodni.
I w tym momencie zostałam gwałtownie przewrócona na plecy. Nade mną pojawił się uśmiechnięty Louis.
- Nie tak szybko - szepnął po czym zatopił usta w mojej szyi. Odchyliłam głowę do tyłu ułatwiając mu do niej dostęp. Znów plątałam palce w jego włosy, bo wiedziałam, że to jeszcze bardziej go nakręca. Jego ręka bawiła się zadziornie gumką od moich majtek. Potem zszedł pocałunkami w dół i zaczął pieścić moje piersi. Louis znał mnie na wylot i wiedział, że właśnie tym może doprowadzić mnie do szaleństwa. Moje ciało wygięło się w łuk, kiedy zaczęły go przeszywać intensywne odczucia. Przymknęłam powieki oddając się w całości rozkoszy, jaką zapewniał mi mój chłopak. Uśmiech napłynął na moją twarz. Tak, to mój chłopak. Louis znów jest moim chłopakiem. W zasadzie nadal w to nie wierzę. Mimo, że zaraz będziemy uprawiali seks.
Nagle zęby Louisa zacisnęły się na moim sutku, przez co z mojego gardła wyrwało się głośne jęknięcie, Chłopakowi widocznie się to spodobało, bo ponowił swoją pieszczotę. Wiłam się pod nim jak wąż, szalejąc z przyjemności. Nie wiem nawet kiedy Louis pozbawił mnie ostatniej części garderoby. Leżałam pod nim całkiem naga. Tomlinson przerwał na chwile pieszczoty oglądając mnie jak jakiś drogocenny okaz. Nie czułam się jednak skrępowana, w oczach Louisa widziałam coś, co zawsze chciałam dostrzec w oczach mężczyzny.
Miłość.
Ręka Louisa znalazła się na moim kroczu. Na początku jedynie gładził łagodniej to niezwykle czułe miejsce, jednak z czasem jego ruchy stawały coraz bardziej zdecydowane sprawiając mi jeszcze większą przyjemność. Miałam przyspieszony oddech i nie panowałam już na mruknięciami i stęknięciami, które z siebie wydawałam. Cała byłam skupiona na tym, co robi Louis. Serce biło mi szybko i czułam, że nadchodzi kulminacyjny moment. Zanim jednak to nastąpiło zobaczyłam głowę Lou między moimi nogami i poznałam niesamowite zdolności jego języka. Zacisnęłam ręce na pościeli i z chwilą kiedy przyszedł orgazm nie wytrzymałam i krzyknęłam głośno. Louis dał mi chwilę, abym doszła do siebie, widocznie z siebie zadowolony. Nie chciałam mu pozostawać dłużna, więc bez zbędnych ceregieli ściągnęłam mu spodnie razem z majtkami, odsłaniając jego przyrodzenie. Trzeba przyznać, że Matka Natura hojnie go obdarowała. Złapałam jego członka w dłoń, przesuwając po nim ręką w górę i w dół. Louis oparł się o oparcie łóżka, pozwalając mi kontynuować zabawę. Widząc to trochę przyśpieszyłam, a następnie złożyłam lekki pocałunek na jego główce. Potem całowałam go już całego, robiąc to w coraz bardziej erotyczny sposób. W końcu włożyłam go do ust. Początkowo poruszałam nim minimalnie. Z czasem powiększałam skalę ruchów, aż w końcu włożyłam go całego. Słyszałam syk nabieranego powietrza prze Louisa, co powiedziało mi że sprawiam mu przyjemność. Poczułam jego rękę na moich włosach.
- Przestań - mruknął.
Chwycił mnie w talii i przewrócił na plecy.
- Trzeba to skończyć.
Czułam jego napierającego członka między nogami. Serce waliło mi jak głupie z ekscytacji. Ja też chciałam już to zakończyć.
Louis znów mnie pocałował w naprawdę namiętny sposób. Jego język łaskotał mnie w podniebienie. W między czasie łagodnie we mnie wszedł przez co z gardła wyrwał mi się głośny jęk. Zaczął się poruszać zapewniając nam obojgu wspaniałe doznania. Napięłam wszystkie mięśnie do granic możliwości. Lou przyspieszył. Uniosłam biodra w górę, chcąc być jeszcze bliżej niego. Czułam jego oddech na mojej skórze. Pokój wypełniały jęki. Wbiłam paznokcie w plecy Louisa. Pchnięcia były bardzo szybkie i mocne, ale teraz to nie miało znaczenia. Zbliżał się szczyt. Jeszcze tylko kilka szybkich ruchów i... Doszliśmy równocześnie. To było coś niesamowitego. Jeden z najcudowniejszych orgazmów jakie mi kiedykolwiek zafundował. Położyłam rękę na jego policzku.
- To było wspaniałe - powiedziałam, nadal dysząc jak po przebiegnięciu maratonu. Louis uśmiechnął się i złożył czuły pocałunek na moich ustach.
Nagle drzwi pokoju otworzyły się na oścież.
- Macie zejść na dół, bo Meg zaraz... O kurwa! Moje oczy!
Louis szybko zszedł ze mnie i zaczął szukać bokserek. Ja chwyciłam za skotłowaną kołdrę, zwinęłam się w kulkę i okryłam się cała łącznie z głową. Zostawiłam jedynie mały otwór na oczy. Lou w tym czasie zdążył założyć spodnie dresowe.
- Mogę już patrzeć? - Niall stał w progu z rękami zasłaniającymi oczy. Wyglądał jak dziecko, które liczyło do zabawy w chowanego.
- Moglibyście zamykać drzwi na klucz kiedy zamierzacie uprawiać seks i oszczędzać innym widoków dupy Louisa - stwierdził odsłaniając oczy i wchodząc do sypialni.
- I tak wiem, że ci się podoba - droczył się Louis.
Niall poruszył śmiesznie brwiami.
- Cicho cukiereczku, nie przy twojej dziewczynie.
Wybuchłam śmiechem, wyłaniając się z ciemnej pościeli. Owinęłam ją sobie na piersiach, tak by zasłaniała wszystko do łydek.
- Calineczka się wykluła, w tej kołdrze wyglądałaś jak otyła muzułmanka.
Teraz wszyscy się śmialiśmy. Trzeba było przyznać, że sytuacja była naprawdę komiczna.
- Czego ty od nas chciałeś? - zapytał w końcu Louis.
- Meg od godziny woła was na śniadanie, ale teraz wcale się nie dziwię, że wam się nie śpieszyło.
Spojrzeliśmy z Louisem na siebie w tym samym momencie, śmiejąc się cicho.
- Zejdziemy za pięć minut - zapewniłam.
Niall pokiwał głową rozbawiony i opuścił pokój. Chociaż miałam wrażenie, że chętnie by został i jeszcze sobie z nas pożartował. Cały Niall.
Zeszłam z łóżka i podeszłam do szafy Louisa - bo to w jego sypialni się znajdowaliśmy. Wyciągnęłam jakiś tshirt i szorty. Odnalazłam na podłodze moją bieliznę i założyłam wszystko na siebie. Odwróciłam się do Louisa, aby mu powiedzieć, że możemy iść, gdy zobaczyłam jego zamyśloną twarz.
- Coś się stało? - zapytałam podchodząc bliżej.
Spojrzał na mnie z niezwykłą powagą.
- Wiesz, że kochaliśmy się bez zabezpieczenia?
Pokiwałam głową.
- Wiem, ale mam teraz dni niepłodne, więc malutkich Tomlinsonków nie będzie.
Na twarzy Louisa pojawił się uśmiech i coś w rodzaju ulgi.
Niesamowicie mnie to zabolało.
- Na szczęście.
Auć.
- Chodź, Meg na nas czeka - powiedział, po czym splatając nasze palce wyprowadził mnie z sypialni.
W mojej głowie siedziała tylko jedna myśl.
Louis nie chce mieć ze mną dziecka.


Wieczorem pomogłam Meg sprzątać po kolacji. Lubię jej pomagać, bo czuję wtedy, że chociaż w minimalnym stopniu odwdzięczam się im za to co dla mnie robią. Jest mi głupio, że zapłacili za tyle rzeczy, utrzymują mnie a ja nic w zasadzie nie robię.
Na koniec Meg zrobiła nam herbaty, więc usiadłyśmy w jadalni pogrążając się w babskich pogaduchach. W tym domu byłyśmy tylko my dwie, więc bardzo się do siebie zbliżyłyśmy.
- Moja córka strasznie lubi te ciastka - powiedziała wyjmując z komody paczkę - Mieszka w Holandii i zawsze gdy przyjeżdża zwozi mi ich całe torby. Są naprawdę bajeczne. Spróbuj skarbie.
Położyła je na stole i usiadła naprzeciw mnie. Posłusznie wzięłam jedno ciastko i ugryzłam kawałek. - Pyszne - przyznałam zgodnie z prawdą.
Meg przyjrzała mi się przenikliwie.
- Dobra skarbie, chłopcy już poszli. Możesz mi powiedzieć co cię gryzie.
Ciastko stanęło mi w gardle. Skąd ona wie? Czy naprawdę aż tak widać o czym myślę? Że zastanawiam się, czy mój chłopak myśli o mnie poważnie? Albo czy zostawiłby mnie, gdybym zaszła w ciążę? Nie mogę zapomnieć o powadze i strachu w jego oczach gdy przypomniał sobie, że nie użyliśmy zabezpieczenia. Nie podoba mi się to.
Meg zupełnie jakby czytała mi w myślach.
- Jeżeli chodzi o Louisa, to pamiętaj, że on często szybciej robi niż myśli. To dobry chłopak ale bardzo... lekkomyślny.
To prawda. Louis zawsze był bardzo impulsywny i mówił wszystko bez zastanowienia. Nie mogę się jednak oprzeć wrażeniu, że on dobrze wie co powiedział. Nie rozumiem tylko dlaczego tak uważa.
- Nie chodzi o Louisa - kłamię. Nie chcę opowiadać tej historii Meg, wydaje mi się to takie niezręczne.
- Więc o kogo?
Postanawiam dalej brnąć w to kłamstwo.
- Martwię się o Drinę. Ona jest w zaawansowanej ciąży, a ja odkąd wróciłam z Paryża w zasadzie się z nią nie kontaktowałam.
Meg przyjrzała mi się uważnie. Jestem niemal pewna, że wyczuła kłamstwo, jednak widziała, że nie mam ochoty o tym mówić.
- Zadzwoń do niej. Na pewno nie ma ci tego za złe.
Pokiwałam głową.
- Mam nadzieję.
Nagle rozległ się głośny huk w kuchni i dźwięk rozbitego szkła. Spojrzałyśmy z Meg po sobie  zerwaliśmy się z miejsca w tym samym momencie. Wbiegłyśmy do pomieszczenia i zastałyśmy tam Harry'ego, zbierającego kawałki talerza. Podniósł na nas wzrok. Poczułam ukłucie bólu. Było tak przepełnione smutkiem, że miałam ochotę podejść i mocno go przytulić.
- Przepraszam, wyślizgnął mi się - powiedział cicho.
Meg pokręciła głową.
- Zostaw, ja to pozbieram - westchnęła.
Harry wyprostował się i unikając mojego wzroku, opuścił kuchnie. Spojrzałam na miejsce w którym znikł. Nie, tym razem nie pozwolę aby przeżywał to wszystko sam. Nie mogę stać bezczynnie, jeżeli jestem w stanie jakkolwiek mu pomóc.
Biegnę za nim.
- Harry zaczekaj!
Chłopak zatrzymał się i wolno odwrócił w moją stronę.
- Alex, nie mam ochoty o tym rozmawiać - powiedział prosto z mostu. Tym mnie zaskoczył. Może Louis miał rację, chłopaki inaczej znoszą tego typu sytuacje. Muszę wymyślić coś innego.
- Nie o to chodzi - zaczynam - Pamiętasz, mieliśmy o czymś porozmawiać?
Zanim zaprowadził mnie do Tracy chciał mi coś bardzo powiedzieć. Nie wiem co to było, ale wydawało się że to ważne. A teraz może odwrócić jego uwagę od tej suki Kate.
Harry patrzył na mnie dłuższą chwilę. Potem rozejrzał się po strażnikach poustawianych na korytarzu. Podszedł bliżej, tak że niemal czułam jego oddech.
- Przyjdę do ciebie w nocy. Prześlizgnę się w czasie zmiany warty - widząc moje zdziwienie dodał - Tutaj dzieje się coś bardzo dziwnego Alex. Lepiej, żeby żaden z nich nie słyszał naszej rozmowy.
Zielone tęczówki Harry'ego były utkwione w moich. Zrobiło mi się gorąco. Nie wiem czy przez to co powiedział, czy w jaki sposób na mnie patrzył. Jedno i drugie mocno mnie intrygowało.
- Będę czekać detektywie Styles.
Harry uśmiechnął się odsłaniając białe zęby. Nareszcie się uśmiechnął. Byłam dumna, że to mi udało się to spowodować. Nawet takim kiepskim żartem.
A może to coś innego go wywołało?


***
Wracam z rozdziałem po długiej przerwie. Dziękuję wszystkim za miłe komentarze ( za groźby również), to daje ogromnego kopa do pracy.
Powyżej pierwszy i chyba ostatni raz opisałam scenę +18. Nie potrafię tego robić, ale się starałam!
Bez przedłużania, postaram się aby rozdział 6 pojawił się jak najszybciej. Miłego czytania! 

sobota, 18 czerwca 2016

Wyjaśnienia

Od dawna nie pojawił się tu nowy rozdział za co was mocno przepraszam. Bardzo dużo się ostatnio u mnie dzieje przez co nie miałam czasu ani nawet ochoty na pisanie Look. Teraz jednak postaram się to wszystko nadrobić i piąty rozdział pojawi się już w piątek!
Dodatkowo szykuję nowe opowiadanie, trochę inne niż te dotychczas.
Pozdrawiam, Rouse xoxo

niedziela, 27 marca 2016

Rozdział 4

Muzyka

W pomieszczeniu było bardzo zimno. Każde wypuszczenie powietrza z ust równało się małej chmurze pary. Masywne mury piwnicy nie przepuszczały żadnego ciepła. Czułam się jakbym była w lodówce. Z drugiej strony zimno sprawiało, że lepiej mi się myślało. Mogłam całkowicie skupić się na Westonie.
Mężczyzna siedział naprzeciw. Wpatrywał się we mnie z taką intensywnością, że w normalnych okolicznościach pewnie bym się zarumieniła i spuściła wzrok. Ale to nie były normalne okoliczności. Dzisiaj zginął człowiek i prawdopodobnie mam przed sobą morderce. Nie pozwolę, aby ominęła go sprawiedliwość.
O Richardzie Westonie opowiedział mi pokrótce Tobias, kiedy razem pokonywaliśmy schody do piwnicy. Byłam tak wściekła, że nie jestem pewna jak to się właściwie stało, że ominęłam strażników i znalazłam się w tym pokoju. Wcale jednak nie żałuję.
- Niesamowite - zawołał Weston - Czyli to tak działa? Wystarczy, że powiem czego chce i od razu mi to dajecie? - przyłożył palec do brody, udając, że się zastanawia - Szczerze mówiąc jestem głodny, co dzisiaj w menu?
Mój śmiech wypełnił całe pomieszczenie.
- Och Weston, masz wspaniałe poczucie humoru - przyznałam z wyczuwalną ironią - To będzie urozmaicenie, biorąc pod uwagę długość twojego pobytu tutaj. Bałam się o naszych strażników, przecież zanudziliby się, gdybyś był kompletnym sknerą.
Rozbawienie zniknęło z jego twarzy, zastąpił je chytry uśmieszek.
- Gdzie jest twój kochaś? Chciałbym zobaczyć was razem. Muszę przyznać, że wasza dwójka jest naprawdę ciekawa.
- Mój kochaś, jak go nazwałeś, nie ma czasu na przejmowanie się takimi gnidami jak ty - warknęłam.
- Uu ostra jesteś, lubię takie. Po co jednak te niegrzeczności? Jest tak miło.
- Będzie miło, jeżeli będziesz współpracował.
- To jest szantaż?
- Szantaż? O nie, to była tylko porada - wstałam ze swojego miejsca i podeszłam do Westona. Widziałam kątem oka, że ochroniarze zaciskają palce na broni. To dodało mi pewności siebie. Pochyliłam się nad mężczyzną - I dam ci jeszcze jedną. Nie prowokuj mnie, bo ja nie mam anielskiej cierpliwości Colina.
Sama byłam zaskoczona spokojem w moim głosie.
- Zaczynasz mi się podobać dziewczyno.
Puściłam jego komentarz mimo uszu. Wyprostowałam się i wróciłam na swoje miejsce.
- Dlatego chciałeś rozmawiać właśnie ze mną?
Weston patrzył na mnie dłuższą chwilę. Potem przejechał wzrokiem po strażnikach. Mogę przysiąc, że przeszedł go dreszcz. Pokręcił głową.
- Jesteś zagadką.
Marszczę brwi, trochę zniecierpliwiona.
- Co to ma znaczyć?
- Każdy w mediach marzy o wywiadzie z tajemniczą dziewczyną członka najpopularniejszego boysbandu naszych czasów. Dostajecie tysiące najróżniejszych propozycji dziennie - zmierzył mnie wzrokiem - Ale ty o niczym nie wiedziałaś.
Bo Colin nie chce mi nic mówić. Dlaczego muszę się dowiadywać o wszystkim ostatnia?
- Nie interesuje mnie to - skłamałam - Chcę znać powód, dla którego włamałeś się na teren One Direction?
- Przecież powiedziałem, chciałem...
- Prawdziwy powód.
Weston wyglądał na zaskoczonego, chociaż bardzo starał się to ukryć.
- Nie mam pojęcia, co masz na myśli.
Zmierzyłam go lodowatym spojrzeniem.
- Szkoda.
Gestem pokazałam ochroniarzom, aby go zabierali.
- Może coś ci przyjdzie do głowy w czasie pobytu w celi. Podobno to bardzo odświeża pamięć.
Weston uśmiechnął się drwiąco.
- Nic mi nie zrobicie, bo niczego na mnie nie macie.
Uśmiechnęłam się teatralnie.
- Oh mój drogi, zgrywanie niewiniątka w niczym ci nie pomoże. Im szybciej przyznasz się do winy, tym dla ciebie lepiej.
- Jakiej winy? O czym ty mówisz? - wyglądał na naprawdę zdezorientowanego.
- O zamordowaniu naszego ochroniarza. Oprócz tego dojdzie ci jeszcze włamanie i próba zabójstwa - spojrzałam na niego z góry - Czuję, że długo się nie zobaczymy.
Przez krótką chwilę napawałam się przerażeniem na twarzy Westona, a następnie opuściłam pomieszczenie.

Kiedy tylko drzwi się za mną zamknęły, poczułam że opuszcza mnie cała adrenalina. Mięśnie zaczynają mi ciążyć, a głowa pulsować tępym bólem. Opieram się ramieniem o ścianę, nie rozumiejąc co się dzieje. Mam ochotę wymiotować.
Słyszę podniesione głosy, ale nie z pokoju przesłuchań, tylko pomieszczenia obok. Prostuję się i idę w tamtym kierunku. Coraz wyraźniej słyszę kłótnie.
- Kto ją tam, kurwa, wpuścił?!
To Louis. Poczułam ukłucie bólu na myśl, że on musiał to wszystko oglądać. Stanęłam po cichu w progu, chcąc dokładnie przyjrzeć się scenie, która się tutaj odgrywa. Louis stał do mnie tyłem. Widziałam jego napięte ramiona. Mój żołądek ścisnął się jeszcze bardziej, gdy spod koszulki dostrzegłam wystający kawałek bandaża. Holly miała wypieki na twarzy. Piorunowała Louisa wzrokiem.
- Nie denerwuj się, nic jej się nie stało. Masz rację moi ochroniarze zrobili ogromną głupotę pozwalając jej tam wejść.
- Okazali się całkowicie niekompetentni, ich głównym zadaniem jest chronienie Alex...
- Nie - widać było, że cierpliwość Holly się kończy - Ich głównym zadaniem jest chronienie was wszystkich.
Louis przeczesał palcami włosy. Zawsze uginały mi się kolana na ten gest, teraz byłam zbyt zagubiona, aby cokolwiek zrobić.
- Posłuchaj Holly, gdyby cokolwiek jej się stało, ja...
- Alex?
Mój wzrok spotkał się z oczami Harry'ego. Po chwili już wszyscy się we mnie wpatrywali z dezaprobatą. Serce mocniej mi zabiło. Opuściłam głowę, czując się niekomfortowo. Widzę, że wszyscy są na mnie źli za to co zrobiłam. Nie powinnam tam wchodzić, niepotrzebnie się narażałam.
Z drugiej strony to moje życie i mogę robić co chcę, a oni nie powinni mieć do mnie pretensji.
Nie licząc Louisa, dla którego wiem, że jestem ważna. On ma prawo się na mnie wściekać.
Gdyby to on wywinął mi taki numer, to bym go chyba zamordowała.
- Zamierzasz coś powiedzieć? - głos Tomlinsona wyrwał mnie z zamyśleń. Wciąż słychać w nim było gniew.
Podniosłam na niego wzrok.
Jest mi głupio, bo przeze mnie się tak zdenerwował. Coś jednak w jego tonie i nastawieniu tak mnie irytuje, że nie ma mowy o przeprosinach.
Przybieram wrogi wyraz twarzy.
- Nie.
Louis aż czerwienieje. Czuję satysfakcję pomieszaną z poczuciem winy. Co ja robię?
- Moglibyście nas na chwilę zostawić? - chociaż jego prośba skierowana była do zgromadzonych, to jego oczy były utkwione we mnie. Wiem, co się zaraz stanie i najchętniej też bym opuściła pokój.
Chłopcy wychodząc unikali mojego wzroku. Jedynie Harry lekko się do mnie uśmiechnął, przez co wiedziałam że jest po mojej stronie. Trochę mnie podniósł na duchu, bo to oznaczało, że nie zrobiłam aż takiej głupoty.
Kiedy drzwi się za mną zatrzaskują serce wali mi jak oszalałe. Przed Westonem byłam twardzielką, ale to jest Louis. Przed nim nie umiem udawać.
- Więc?
Ciarki przeszły mi po plecach słysząc jego szorstki głos.
- Co więc?
- Nie zgrywaj głupiej, Alex. Dlaczego tam weszłaś? Nie powinienem cię zostawiać samej w sypialni, mogłem się spodziewać, że coś odpierdolisz - zabolało - Powinienem cię pilnować.
Zacisnęłam pięści.
- Nie jestem dzieckiem.
- Ale tak się zachowujesz!
- Teraz to ty się zachowujesz jak gówniarz. Nic się nie stało. Stoję przed tobą w jednym kawałku - mówię z naciskiem - Nic mi nie jest.
- Mogło być - usłyszałam taki ból, że momentalnie zmiękło mi serce - Nie mogę cię znowu stracić, Aly.
Znów zobaczyłam go z czerwoną plamą na koszulce, powiększającą się z każdą sekundą. Jego zamykające się oczy i gasnący blask z twarzy. Nigdy nie pozwolę, aby Louis przeżył coś takiego.
- I nie stracisz.
Zawiązał ręce na klatce piersiowej i oparł się tyłem o stolik. Czułam rosnące między nami napięcie. Dlaczego on się tak denerwuje? Ja też byłabym zła. Ale nie aż tak. W końcu nic się nie stało.
- Louis - zaczęłam niepewnie - Jest coś o czy chciałbyś mi powiedzieć?
Zmierzył mnie krótkim spojrzeniem. Moje ciało przeszedł przyjemny dreszcz. Rozpływałam się w szarościach i błękitach oczu Louisa. Nagle poczułam ciepłe palce podnoszące moją brodę do góry i usta przyciśnięte do czoła.
- Przepraszam - wyszeptałam - Nie pomyślałam o tobie. Nie planowałam tego, po prostu gdy zobaczyłam Westona na ekranie... W zasadzie nie wiem dlaczego to zrobiłam.
Louis uśmiechnął się łagodnie.
- Nigdy więcej mnie tak nie strasz - poprosił - Zgoda?
Pokiwałam głową. Uśmiech chłopaka się powiększył, a na twarzy nie było śladu po wściekłości. Przymknęłam powieki rozkoszując się chwilą.
- Wyjedźmy stąd, Aly - wyszeptał mi prosto do ucha - Gdzieś daleko, bardzo daleko.
Oderwałam się od niego zdziwiona.
- Żartujesz?
- Mówię śmiertelnie poważnie. Wyjedziemy, tylko we dwoje. Nikt nie będzie wiedział gdzie jesteśmy, nawet chłopaki. Zaszyjemy się w jakiejś małej mieścinie na końcu świata. Albo kupimy ogromny dwupiętrowy dom z drewna na wsi, tak jak zawsze marzyłaś. Znajdziemy sobie kryjówkę i będziemy żyli w spokoju. Założymy rodzinę, nikt nas nie znajdzie. Będziemy bezpieczni i szczęśliwi.
Wiedziałam, że ten pomysł to absurd, ale mimo tego na mojej twarzy pojawił się uśmiech. Takie życie byłoby idealne.
Lecz nie jest możliwe.
- A co z zespołem? Chłopakami? Mamy tak po prostu ich wszystkich zostawić?
- Odejdę z zespołu, chłopaki zrozumieją. Widzą, co się dzieje i myślę, że spodziewają się mojej rezygnacji - przejechał palcem po moim policzku - Ale nie zostawimy ich, kiedy wszystko się uspokoi odezwiemy się i wszystko będzie po staremu.
Pokręciłam głową.
- Colin się w życiu na to nie zgodzi.
- Już się zgodził - widząc moje zdziwienie, zrobił niewinną minę - Rozmawiałem z nim o tym, też uważa to za dobry pomysł. Wystarczy jedno twoje słowo, Aly. I już nas tutaj nie będzie.
Nie wiedziałam, co mam odpowiedzieć. Chciałabym wyjechać z Louisem. Zostawić to wszystko i żyć w ciszy i spokoju. Założyć rodzinę. Czy Louis naprawdę to powiedział?
W mojej głowie pojawiła się wizja pięknego, wielkiego domu. Po salonie w którego centrum stała długa kanapa biegały roześmiane dzieci. Przy schodach stał Louis, który z uśmiechem pomagał małej dziewczyne wchodzić po schodkach, trzymając ją za drobniutkie rączki. Ja opierałam się o futryne drzwi kuchennych z ścierką w ręce. Obserwowałam wszystko z czułością. Poczułam ciepło rozchodzące się w moim brzuchu. To jest moje największe marzenie. I chociaż z chęcią bym się teraz zgodziła na wszystko co zaoferuje Louis, to wiem , że nie moge.
Nie wyjadę, dopóki nie dowiem się kto zabił strażnika.
Ani kto jest odpowiedzialny za postrzelenie Louisa.
Nie mogę mu jednak odmówić, widząc na jego twarzy, ile to dla niego znaczy. Czeka na odpowiedź, ale ja kompletnie nie wiem, co mam powiedzieć. Znajduje się pomiędzy młotem, a kowadłem.
Nagle rozlega się pukanie do drzwi i stają w nich Harry i Liam. Z jednej strony dziękuję im w duchu, za to, że wybawili mnie z tej całej sytuacji, a z drugiej wzdrygam się na widok Payne'a.
- Colin chce was widzieć - jego wzrok jest zimny jak lód - Oboje.

Siedząc na kanapie w gabinecie Colina zastanawiałam się do czego właściwie ten człowiek jest zdolny. Za to, co zrobiłam zdecydowanie zostanę ukarana, nie wiem jednak w jaki sposób. Chłopaki opowiadali, że kiedyś musieli umyć wszystkie okna w willi, a Meg cały czas na nich krzyczała, bo zostawiali smugi. Wtedy się z nim śmiałam, ale teraz się boję. Nie wiem, co może być w głowie Colina.
Właśnie mierzył mnie dokładnie wzrokiem. Jego oczy wydawały się malutkie zza grubych okularów.
- Cieszę się, że znaleźliśmy się tutaj w komplecie. Zgodnie z Holly ustaliliśmy, że będą organizowane spotkania, na których będziemy planować nasze kolejne poczynania. Zaczynamy teraz.
- Gdzie ona jest? - zapytał Niall.
Spojrzałam na niego podejrzliwie. Chłopaki są poruszeni nagłą decyzją o spotkaniach, a jego jedynie obchodzi gdzie jest Holly. Ciekawe.
- Zaraz o tym powiem - odpowiedział rzeczowym tonem - A teraz.
Zatrzymał się przy mnie, przyglądając dokładnie z góry. Przełknęłam głośno ślinę.
Zaczyna się.
- Wstań proszę Alexandro.
Zrobiłam to, co kazał. Wyprostowałam się, ale mimo to byłam sporo od niego niższa. Miałam złe przeczucia, ale mimo to starałam się zachować kamienny wyraz twarzy. Dałam sobie radę z Westonem, dam i z Colinem. Chociaż wiem, że ten drugi jest sto razy gorszy.
- Twoje dzisiejsze zachowanie było skrajnie nieodpowiedzialne. Szczególnie, że Richard Weston jest podejrzany o zabójstwo naszego ochroniarza. Niepotrzebnie naraziłaś swoje życie i mogłaś zepsuć naszą pracę, którą włożyliśmy w uzyskanie zeznań Westona. Wykazałaś się lekkomyślnością i nieposłuszeństwem.
Poczułam krew napływającą do policzków. Spuściłam głowę nie mogąc już dłużej wytrzymać jego przeszywającego na wskroś wzroku.
- Mimo to, dzięki twojej impulsywności i przekonaniu w swoje możliwości Weston zaczął mówić. Od razu po twoim wyjściu zgodził się zeznawać. Teraz rozmawia z nim Holly.
Słychać było tylko trzask drzwi i już nie było Nialla w pokoju. Colin spojrzał za nim i jedynie lekko się uśmiechając pokręcił głową. Bardzo ciekawe.
- Wracając, dobra robota Alexandro. Jednak następnym razem staraj się powstrzymać swoją rządzę sprawiedliwości. Zgoda?
- Zgoda - również się uśmiechnęłam.
- Możesz usiąść - odwrócił się do pozostałych - Przejdźmy do omawiania innych spraw.
- Czy to Weston stoi za wybuchem? - głos Harry'ego był lekko zachrypnięty, co wywołało u mnie miłe dreszcze. Kurcze, co ja mówię?
- Jest zdecydowanie za wcześnie, aby znaleźć już winowajcę. Oczywiście Weston jest podejrzanym, lecz aby mu to udowodnić potrzebujemy czasu.
- Nie mamy czasu - zauważył Louis - Nie wiadomo, czy nie szykują kolejnego ataku. Nie możemy czekać, musimy działać.
- Tak, masz rację. Najpierw jednak trzeba mieć plan, aby to działanie nie było bezsensowne. Jakieś propozycje?
Nastała chwila ciszy. Chłopaki patrzyli po sobie, jakby szukali dobrego pomysłu. W końcu odezwał się Liam.
- Ja nadal uważam, że jest jedno rozwiązaniem, które już wielokrotnie wam przedstawiałem. Naprawdę wy...
- Morda! - warknął Louis.
- Zamknij się - w tym samym momencie powiedział Harry.
Chłopaki patrzyli na Liama z takim gniewem, że niemal było widać pioruny. Jak to możliwe, że najlepsi przyjaciele mają nagle takie zgrzyty? Wiem, że to moja wina. I tego tez nie mogę tak zostawić.
- Myślę, że każdy powinien to przemyśleć na spokojnie - mówię - I zaplanujemy dalsze kroki jutro.
Colin przez chwilę patrzył na mnie w skupieniu.
- Masz rację - przyznał - W porządku, zważywszy na bardzo późną porę, wszyscy do swoich pokoi.
Wrócimy do tego.


Przez parę następnych dni panował spokój. Dalej jednak nie wiedzieliśmy co robić. Weston zaczął zeznawać, lecz zdaniem Colina wciąż nie mówi nam wszystkiego. Podobno to kwestia czasu. Mam taką nadzieję.
Dom to teraz mrowisko ochroniarzy. Są wszędzie, a termin taki jak ,,prywatność'' nie istnieje. Gdyby teraz ktoś wdarł się do domu, nie miałby szans na ucieczkę.
Bardzo dużo czasu spędzam z Louisem i jeśli to możliwe, to zbliżyliśmy się do siebie jeszcze bardziej. Na razie nie wspomina o wyjeździe i jestem mu za to wdzięczna. Nie podjęłam jeszcze decyzji, nie wiem co mam o tym myśleć.
Nagły ból brzucha wyrwał mnie zamyśleń. Od rana mam okropne mdłości. Nie mam siły nawet, aby się ubrać i leżę w piżamie. Dobrze, że Louis pojechał z Niallem i Zaynem na jakiś wywiad. Nie chcę, aby mnie widział w takim stanie. Znów czuję ścisk i już po chwili zrywam się z łóżka. Biegnę do sedesu, zwracając dzisiejsze śniadanie. Musiałam zjeść coś nieświeżego. Siadam chwilę na posadzce, aby nabrać oddechu. Parę minut później czuję się już normalnie, więc podnoszę się i pierwsze co robię to myję zęby. Patrzę na siebie w lustrze i mam wrażenie, że to wcale nie jestem ja. Zupełnie jakby ostatnie wydarzenia dodały mi lat. W prawdzie mogły się do tego przyczynić też nieprzestane noce. Mimo, że śpię u boku Louisa to cały czas budzę się z krzykiem, lub cicho płaczę do poduszki tak, aby Tomlinson tego nie widział. Nie chcę, aby wiedział jaka jestem słaba. Za dnia się trzymam, ale nocą daję upust emocjom. To co się tu dzieje, zaczyna mnie powoli przerastać. Ale wiem, że nie mogę się poddać, ze względu na Lou. To on daje mi siłę.
Nagle słyszę pukanie do drzwi. Krzyczę, aby wejść, po czym wycieram usta ręcznikiem i opuszczam łazienkę. W progu stoi Harry, na którego widok serce lekko mi przyspiesza. Chłopak od dłuższego czasu umyślnie mnie unika. Widzę, jak przy kolacjach unika mojego wzroku, kiedy pojawiam się w pomieszczeniu, on zaraz wychodzi. Rozmawia ze mną tylko, gdy musi. Czuję, że coś się zepsuło w naszej przyjaźni. To już nie jest ten sam Harry, on coś ukrywa. Mam tylko nadzieję, że to nic związanego z tamtym incydentem w kuchni... Chociaż, nic się przecież nie stało. Nie wiem dlaczego to wciąż rozpamiętuje.
- Chodź na dół, ktoś na ciebie czeka.
Był widocznie spięty. Oszczędziłam mu więc rozmowy i kiwając głową wyminęłam go w drzwiach. Nagle jednak poczułam, że chwyta mnie za rękę i zatrzymuje. Odwracam się, napotykając zieleń jego tęczówek.
- Jest coś ważnego - był zdecydowanie za blisko - O czym muszę ci powiedzieć.
Stałam sztywno, a on trzymał mój nadgarstek. Miał ciepłe palce. Nie mogłam przestać patrzeć w jego oczy, wyrażały taki... smutek.
- Więc mów.
Między nami była przerwa, lecz mimo to czułam się nieswojo. Nie potrafiłam się jednak odsunąć.
Harry pokręcił głową i przygryzł dolną wargę.
- Nie teraz, to sprawa na dłuższą rozmowę.
 Nie wiem dlaczego, ale miałam złe przeczucia. A pozycja, w jakiej się aktualnie znajdujemy, tylko je pogłębia. Mimo to się zgodziłam i już po chwili szliśmy na dół. Ja jednak cały czas myślałam o jego zielonych oczach i delikatnym dotyku. Co on może chcieć mi powiedzieć? Dlaczego nie zrobił tego teraz? I na miłość boską, co powiedziałby Louis, gdyby nas wtedy zobaczył.
Jesteś idiotką, Alex. Przecież nic się nie stało. Rozmawialiście i tyle. Złapał cię za nadgarstek, wcześniej łapał cię za gorsze rzeczy i nie widziałaś w tym nic nadzwyczajnego. Teraz sobie coś ubzdurałaś. Oby tak było.
Zeszliśmy po schodach i weszliśmy do salonu. Spojrzałam ukradkiem na Harry'ego. Przybrał normalny, lekko znudzony wyraz twarzy. Tak, to na pewno tylko wyobrażenia. To mój przyjaciel, może ma jakieś kłopoty z Kate i chce o nich porozmawiać. Tak, to na pewno o to chodzi. Bo przecież, o co innego.
- Witaj, Alex.
Stanęłam jak wryta, słysząc ten zjadliwy i za razem piskliwy głos. Odwróciłam się i nie wierzyłam temu, co widzę. Siedziała jakby nigdy nic w fotelu z filiżanką herbaty w ręce.
Tracy Morell.



***
Przede wszystkim należą wam się przeprosiny! Niestety bardzo opuściłam się z pisaniem rozdziału. Jest to częściowo spowodowane brakiem weny, jak i czasu oraz chęci. W mojej głowie ta historia cały czas się toczy i mam pomysły już na kolejną część. Takie cofanie się i przelewanie tego na słowa niestety zajmuje sporo czasu i sił. Ale koniec narzekania. Dodaję ten rozdział i szybko biorę się za następny.
Wesołych świąt! xoxo